Alpejski PŚ. Żegnajcie mistrzowie, czyli bohaterowie są zmęczeni

fot. Rosmarie Knutti © / rk-photography.ch

Zakończony sezon pucharowy dla części zawodników oznacza całkowity rozbrat z uprawianiem sportu. W narciarstwie alpejskim zakończenie swej kariery ogłosiło już pięciu zawodników i cztery zawodniczki. Wśród tej dziewiątki znajdziemy nazwiska należące do największych w historii tej dyscypliny.

fot. Rosmarie Knutti © / rk-photography.ch

Na pierwszym miejscu należy wymienić Amerykanina Teda Ligety’ego. To zawodnik, który zdobył w karierze tyle medali Mistrzostw Świata i Zimowych Igrzysk Olimpijskich, iż założenie ich wszystkich na raz mogłoby nieźle przygiąć go do ziemi. Specjalizował się w gigancie, ale medale zdobywał nie tylko z nim. Rozpoczął z przytupem od złota olimpijskiego w Turynie w roku 2006 w kombinacji. Niby zjazdy i slalomy nie były jego specjalizacją, ale potrafił je w razie potrzeby połączyć szybciej niż inni. W gigancie rozpoczął dość skromnie od brązowego medalu w Val d’Isere w 2009, ale już w 2011 w Garmisch-Partenkirchen zdobył swój pierwszy medal MŚ. Szczyt jego kariery przypadł na rok 2013 i Mistrzostwa Świata w Schladming. Ligety zdobył tam trzy złote medale. Oczywiście w gigancie, a jakże – w kombinacji i dość niespodziewanie w supergigancie. Rok później w Soczi zdobył złoto olimpijskie w swej koronnej konkurencji, w której potwierdził swą dominację w 2015 na MŚ w Beaver Creek. Tam zdobył też brąz w kombinacji. Później już sukcesów nie notował. W Pucharze Świata wygrywał 25 razy z czego tylko raz w innej konkurencji niż gigant (kto uważnie czytał nie będzie pewnie zdziwiony, iż była to kombinacja). Na podium stawał jednak też w supergigancie, a nawet w zjeździe i slalomie. Niestety nigdy nie wygrał klasyfikacji generalnej PŚ – najwyżej był w niej trzeci w sezonie 2012/13. Małą Kryształową Kulę za gigant zdobył jednak aż pięciokrotnie (sezony 2007/08, 2009/10, 2010/11, 2012/13 i 2013/14), raz wygrał też klasyfikację kombinacji (2013/14). Ostatni raz triumfował w Sölden w gigancie otwierającym sezon 2015/16. Potem jednak przyszła poważna kontuzja i nie do końca udane próby powrotu. Miał jednak miejsce w kadrze na MŚ w Cortinie w 2021, ale ze względów zdrowotnych nie udało mu się pożegnać tam z publicznością (choćby i telewizyjną).

Pożegnanie godne wielkiego mistrza miał za to Francuz Jean-Baptiste Grange. Jego specjalizacją były zawsze slalomy. Wygrał ich w Pucharze Świata osiem, aż piętnaście razy stając na podium. Nieźle wychodziły mu też kombinacje, trzy razy stawał w nich na podium – raz na najwyższym stopniu. Na arenie międzynarodowej zabłysnął pierwszy raz podczas MŚ w Åre w 2007. Dość sensacyjnie zdobył tam brązowy medal w slalomie. Niebawem zaczął jednak w slalomach dominować zdobywając małą Kryształową Kulę w sezonie 2008/09. Wtedy za to kompletnie nie wyszedł mu start na MŚ, na których triumfował wreszcie w Garmisch w roku 2011. Sezon 2010/11 był ostatnim sezonem z pucharowymi zwycięstwami, niemniej historia dopisała wspaniały, wręcz epicki post scriptum do jego kariery. Otóż zgoła sensacyjnie w 2015 w Beaver Creek zdobył Francuz swój drugi złoty medal MŚ. W zawodach, które w mojej prywatnej ocenie należą do absolutnego TOP 5 najbardziej emocjonujących w historii. Potwierdził, iż starego mistrza skreślać nie można, choć niestety był to łabędzi śpiew Grange’a. Jeździł jednak jeszcze przez sześć lat. Powszechnie lubiany, zasłużył na wzruszający szpaler w Lenzerheide.

Austriak Hannes Reichelt przez odwołanie konkurencji szybkościowych nie mógł się tak pożegnać z publicznością. Karierę jednak miał piękną i też pełną sukcesów. Podobnie jak Grange jednak nie zdobył nigdy medalu olimpijskiego. Ma w swej bardzo długiej karierze jednak złoto (2015 Beaver Creek) i brąz (2011 Garmisch) Mistrzostw Świata – obydwa medale zdobył w supergigancie. W tej konkurencji zdobył też swoją jedyną małą Kryształową Kulę w sezonie 2007/08. Wygrywał jednak także zjazdy i giganty. Swoje trzynaście zwycięstw odniósł w latach 2005-2017, zaś na podium stawał w latach 2002-2018. Zaiste długa i piękna kariera.

Julien Lizeroux z Francji też może poszczycić się sukcesami i długą karierą. Choć tak naprawdę sukcesy zaczął odnosić dopiero zbliżając się do trzydziestki. Na MŚ w Val d’Isere w 2009 zdobył dwa srebrne medale (kombinacja i slalom). Wygrał w swej karierze trzy slalomy w ramach PŚ, na podium stawał też w kombinacji i parallelu. W dorobku ma także złoty medal MŚ w St. Moritz, ale nie zdobył go indywidualnie, a w rywalizacji drużynowej.

Karierę zakończył też Szwajcar Marc Gisin. Na tle poprzedników wypada dość blado. Ale przez lata jeździł na dość solidnym poziomie. Niemniej nigdy nie wyszedł z cienia wielkich sióstr. Starszej Dominique i młodszej Michelle, które zapisały (a w przypadku Michelle dalej piszą) wspaniałe karty w historii narciarstwa alpejskiego.

Z kompleksem siostry zmagać się też musiała Austriaczka Bernadette Schild. Świetna zawodniczka, ale dość pechowa. Trochę na własne życzenie (bardzo nerwowy styl jazdy), ale i trochę pechowo osiągnęła o wiele mniej, niż mogła. Na próżno szukać w jej karierze medali wielkich imprez – zawsze na nich się spalała. Siedem razy stawała na podium PŚ, ale niestety nigdy na jego najwyższym stopniu.

Bardzo poważne zawirowania miała w swej karierze też niepoprawna optymistka Resi Stiegler. Reprezentowała całą karierę USA, choć ma austriackie korzenie. Wiele razy dźwigała się po kontuzjach będąc powszechnie lubianą w świecie sportowym. Niestety sukcesów w jej karierze brakowało, raptem raz stała na podium w slalomie  w Ofterschwang w 2012 roku. Startowała też oczywiście na MŚ i ZIO.

Nieco większe sukcesy miała w swej karierze Włoszka Irene Curtoni. Niezła gigancistka, zdarzyło się jej stanąć na podium w gigancie w roku 2012 oraz w parallelu w roku 2018. Jako członkini drużyny włoskiej zdobyła też brązowy medal MŚ w Åre w 2019.

Na koniec wspomnijmy też o Francuzce Jennifer Piot, która w ogóle w seniorskiej karierze nie notowała sukcesów, choć start na MŚ i ZIO w swej karierze ma. To jedna z wielu zawodniczek na tyle mocnych, by regularnie startować w PŚ, ale nie dość mocnych, by w nim coś osiągnąć. One też jednak mają swoje miejsce w grubszej niż stare książki telefoniczne historii tej dyscypliny.

źródło: własne