Wspomnienia polskich medalistów w narciarstwie klasycznym: Walczyła z całą Norwegią, czyli kolejne medale Kowalczyk w Oslo

W kolejnym wydaniu naszego cyklu pod nazwą Wspomnienia polskich medalistów w narciarstwie klasycznym, przywołujemy mistrzostwa świata w paszczy lwa, czyli jak Justyna Kowalczyk walczyła z rywalkami i całą Norwegią.

To były bardzo nerwowe mistrzostwa – przyznała sama Justyna Kowalczyk, kiedy podsumowywała swoje występy w Oslo. Były i dla niej, i dla kibiców. Nie jest to bardzo odległa historia i może dlatego do dziś bije mi serce, kiedy przypominam sobie wyścig pań na dziesięć kilometrów stylem klasycznym. Zwłaszcza, kiedy pomyślę, jak blisko było złota. Wypełnione po brzegi trybuny ściskały kciuki za swoje biegaczki, a kilka milionów Polaków przed telewizorami krzyczało „dawaj Justyna, dawaj!”. Na pewno nie brakowało też obelg pod adresem Marit Bjoergen. Ta rywalizacja przypominał wielkiego formatu wojnę, nie tylko gwiazd, ale narodów. Norwegowie chcieli, aby ich zawodniczki nie tylko zdobyły złoto na własnej ziemi, ale pokazały „tej Polce”, kto rządzi w światowych biegach. I pokazały. Chociaż w tym biegu przez większą część dystansu zanosiło się na to, że to nasza biegaczka utrze im nosa. Na trzy kilometry przed końcem biegu Justyna prowadziła o ponad 8 sekund przed Marit. Ta nie mogła jednak zawieść swoich kibiców. Włączyła pod koniec dystansu szaleńcze tempo i po przekroczeniu linii mety padła zmęczona na śnieg. Czekała na Justynę. Dla polskich kibiców sekundy leciały zbyt szybko. Wydawało się, że Justyna pędzi po złoto, ale jakby czas trochę przyspieszał na korzyść Norweżki. Niestety, Justyna na mecie straciła 4,1 sekundy do Marit. To był jednak kapitalny występ naszej reprezentantki. Zmagała się nie tylko z rywalkami i samą sobą, ale przede wszystkim z ogromną widownią norweską, która raczej nie była jej przychylna. Dała z siebie wszystko, a my tego biegu nie zapomnimy nigdy. Bjoergen jeszcze rok temu w Lahti, poproszona przeze mnie o porównanie złota na „dziesiątkę” z Oslo i z Lahti, powiedziała: „Dzisiaj czułam się zdecydowanie lepiej niż w Oslo, jednak rywalizacja z Justyną była trudniejsza. Miałam wtedy na trasie z dwadzieścia sekund straty. Musiałam włożyć wiele sił, żeby ją wyprzedzić”.




W biegu na 30 kilometrów wiedzieliśmy, że „przystępujemy” do tego starcia w nieco innej roli. Justyna na pewno nie była faworytką. W stylu dowolnym lepsze były Norweżki. Mordercze tempo trzy zawodniczki narzuciły już na starcie. Dobrze pewnie pamiętacie, że były to Bjoergen, Kowalczyk i Johaug. Do dziś wspominam te niesamowite trasy, w lesie pełnym śniegu. Przy trasie kibice, którzy nadali niesamowitej atmosfery temu wydarzeniu. W mojej pamięci całe te mistrzostwa na trasach biegowych, wyglądają jak bitwa. Bitwa, którą przegraliśmy, ale wyszliśmy z podniesionym czołem. Nie bez powodu piszę w liczbie mnogiej. Skoro Norwegowie tak mocno weszli w ten pojedynek, to my też powinniśmy. Czuję to z resztą do dziś. Wrócę jednak do biegu, bo jak widać, emocje wciąż żywe. Biegnie Johaug, za nią Bjoergen i Justyna. Ta ostatnia zdaje się pilnować i trzymać Marit. W tym czasie, na podbiegu, odrywa się Therese i… pozamiatane. Marit za nią nie ruszyła, Justyna właściwie nie mogła. I o złocie mogliśmy pomarzyć. W połowie dystansu tytuł mistrzyni zapewniła sobie Therese Johaug. Potem Bjoergen uciekła Justynie. Tak cieszyliśmy się po prostu z brązu. Nie piszę tego, bo tak trzeba. Patrzę na to obiektywnie. To była porażka, ale najsłodsza, jaka mogła się zdarzyć. Justyna wyjechała z Oslo z trzema medalami. Kolejne mistrzostwa świata z takim samym dorobkiem medalowym (o srebrze w biegu łączonym pisaliśmy TUTAJ).

Źródło: Informacja własna / TVP

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.