Wspomnienia polskich medalistów w narciarstwie klasycznym: Nokaut na Miyanomori – ostatnie złoto Małysza

(fot. 990px.pl)

Sapporo dziś kojarzy nam się głównie z porannym wstawaniem w sobotę i wytrzymywaniem do późnych godzin nocnych w niedzielę podczas weekendu z Pucharem Świata. Ponad 11 lat temu wydarzyło się tam coś bezprecedensowego. I to nie na słynnej Okurayamie, a mniejszej skoczni Miyanomori, gdzie rozegrano konkurs podczas mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym. To właśnie na niej swoje ostatnie złoto MŚ w karierze zdobył Adam Małysz. Ale to zdecydowanie nie był zwyczajny konkurs.

Impreza sezonu 2006/2007 następowała po zawodach PŚ w Willingen. Skoczkowie mieli tydzień przerwy, by nastroić się psychicznie i odbyć ostatnie treningi przed wyjazdem do Sapporo. Dwa ostatnie konkursy wygrali Norweg Anders Jacobsen i Austriak Gregor Schlierenzauer – młode wilki, szykujące się do swojego pierwszego polowania na seniorskie medale. To pierwszy sezon, w którym prezentowali się na tak znakomitym poziomie, by bardziej doświadczonych kolegów często rozstawiać po kątach i zmuszać do ostrej walki o każdy metr. Apetyty na japoński czempionat mieli z pewnością duże, ale sama impreza dość mocno je zweryfikowała. Mistrzostwa świata w Sapporo były bowiem świętem weteranów, dostawiających kolejne wyróżnienia na półkę.

Podczas gdy wydawało się, że Sapporo już od konkursu na Okurayamie wskaże nowych mistrzów i doda młodym, czasem wręcz szalonym zawodnikom dodatkowe atrybuty w postaci brązowych, srebrnych, a nawet złotych śnieżynek na szyi, stało się zupełnie inaczej. Kwalifikacje do konkursu wygrał Adam Małysz, który dotychczas zdobywał złoto MŚ już 3 razy – dwa w Predazzo i raz w Lahti. W sezonie 2006/2007 miał na koncie dopiero 3 triumfy, ale za to bardzo niepokojące rywali. O ile prezentował równą formę od początku kampanii, tak jej szczyt przypadał na ostatnie tygodnie przed mistrzostwami – w tym konkursy w Oberstdorfie i Tittisee-Neustadt na początku lutego. Niespełna miesiąc później znów prezentował niezwykłą dyspozycję, a polskim fanom jeszcze większego uśmiechu dodawał fakt, że tuż za nim w klasyfikacji widniało nazwisko Stoch. Piękne MŚ były zatem w naszych głowach od początku.

Okurayama pobudziła wielkich, to pewne. Przede wszystkim Simona Ammanna, który pokusił się tu o zdobycie swojego pierwszego tytułu mistrzowskiego w karierze. Po dwóch złotych medalach z Salt Lake City, na igrzyskach pięć lat wcześniej i zawodzie spowodowanym kryzysem formy w 2006 w Turynie, ten medal był pewnego rodzaju dowodem, że wciąż się da. Dowodem wielkości i braku przypadku, wpisującego Szwajcara w kanon legend sportu. Za nim wyjątek potwierdzający regułę, 22-letni wówczas Fin Harri Oli, który od przyjazdu do Japonii sprawiał wrażenie groźnego rywala dla najlepszych oraz stary wyjadacz Roar Ljoekelsoey, zdobywający indywidualny medal MŚ drugi raz z rzędu po srebrze z Oberstdorfu z 2005. Gdzie Adam Małysz? 2,6 punktu za podium, na 4 miejscu, z pamiątkowym pucharem. Tylko. W pierwszej serii Polak skoczył dość podobnie do rywali, nawiązując kontakt, ale w drugiej serii odlatywali już po nawet 3,5 metra. Zbyt wiele, by myśleć tego dnia o medalu. Tak jak z resztą dla wielu innych doświadczonych – będących za nim Morgensterna, Ahonena, czy Wasilijewa. Każdy rozbudzony, każdy bardzo chciał, ale czegoś zabrakło. Smutne i przykre, ale takie uczucia towarzyszyły nam jednak krótko – kompletnie wyrzuciliśmy je z głowy już tydzień później.

Do 3 marca na MŚ w Sapporo w ramach skoków narciarskich rozegrano jeszcze konkurs drużynowy na dużej skoczni. Polacy zajęli 5 miejsce, a w kraju odebrano to jako wynik średni. Cieszyła jednak pewna dyspozycja Adama Małysza, od którego lepiej prezentował się jedynie Simon Ammann. Ale i on przecież wiecznie nie mógł pozostawać przed Polakiem. Jedyne złoto mistrzostw zdobył wówczas Gregor Schlierenzauer wraz z Austriakami, srebro przypadło Norwegom, a brąz dość niespodziewanie Japończykom. Potem rywalizacja przeniosła się na normalny obiekt. Małysz nie musiał się zaprezentować podczas kwalifikacji na Miyanomori, z czego skorzystał. Wystarczająco poznał ją już na nieoficjalnych treningach. Aż zbyt wystarczająco.

102 metry w pierwszej serii. Rekord skoczni, piękny styl, nokaut już po pierwszym ciosie. Rywale zostali widzami, a Małysz zekranizował piękną historię. Drugiego skoku nawet nie musiał oddawać, każdy w Japonii wiedział, kto jest tego dnia najlepszy. Dołożył 99,5 metra, spokojnie lądując w wygenerowanej w grafice telwizyjnej „złotej strefie”. Apoloniusz Tajner, komentujący ten konkurs dla Telewizji Polskiej o złocie wiedział już w momencie odbicia drugiej próby przez Polaka. Kamil Stoch czekał cierpliwie, by pobiec do niego na wybieg. A pozostali medaliści – Thomas Morgenstern (brąz) i Simon Ammann (srebro), unieśli na swoich barkach, gdy Król Adam mógł, unosząc do góry złączone narty podziwiać kolejny podbity teren. Szkoda, że ostatni zaznaczony na mapie złotą barwą.

Sentymentalny powrót do chwil, które podziwiało się przed telewizorem jako dzieciak, chłonąc każdą sekundę tej magii, którą prezentował Małysz. To było więcej niż piękne, niemalże niemożliwe do zdefiniowania. Chociaż nie. Przypominam sobie, że rok temu w rozmowie z naszym portalem zrobił to idealnie sam Mistrz. „Skoki to w zasadzie całe moje życie, ale bywały momenty, które powodowały, że było to coś ponad to” – taką dewizą można podsumować całą Jego karierę. Ale do 2007 roku i złotej Miyanomori, pasuje wyjątkowo.

Źródło: fis-ski.com/informacja własna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.