Wspomnienia polskich medalistów w narciarstwie klasycznym: Niespodziewany sukces dziewiętnastolatka

archiwum.watra.pl

W ramach naszego cyklu „Wspomnienia polskich medalistów w narciarstwie klasycznym” gościmy dzisiaj w Wysokich Tatrach, gdzie w 1970 roku rozgrywana była impreza najwyższej rangi. Dokładniej przemieszczamy się do Szczyrbskiego Jeziora, gdzie niespodziewany medal wywalczył Stanisław Gąsienica-Daniel.

Od czempionatu narciarskiego w Zakopanem w 1962 roku mijał rok po roku. Wielka impreza po imprezie. Polacy wciąż żyli niesamowitym sukcesem Antoniego Łaciaka, ale głodu sukcesu srebrem nie udało zaspokoić na długo. Dlatego kibice skoków narciarskich w naszym kraju wręcz domagali się, aby w Czechosłowacji w 1970 roku wpadł chociaż jeden krążek naszego reprezentanta. Podczas imprezy wszyscy jednak zawodzili. Prawdopodobnie największe nadzieje budził Tadeusz Pawlusiak. Pierwszy konkurs na skoczni K-70 był jednak rozczarowaniem. Żadnemu z naszych skoczków nie udało się wskoczyć na podium. Nadzieja pozostawała na dużej skoczni. Słusznie. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że znów sport zafunduje jego odbiorcom taki rollercoaster.

Po pierwszej serii prowadził Tadeusz Pawlusiak. Warto wspomnieć, że zawody śledziło, pod skocznią w Szczyrbskim Jeziorze, ponad sto tysięcy widzów. Wysoko plasował się bohater tego cyklu, czyli Stanisław Gąsienica-Daniel. W pierwszej turze uzyskał 92 metry i co uzyskał od sędziów 49,5 pkt. Druga seria przyniosła niespodziewany zwrot. Jury podniosło belkę, aby zawodnicy mogli licznie zgromadzonej publiczności zaprezentować swoje najwyższe umiejętności. Świetnie wykorzystał to Gąsienica-Daniel osiągając 100,5 m. Od sędziów dostał pół punktu więcej za styl niż w pierwszej rundzie. Kiedy na belce zasiadł bohater gospodarzy, zrobiło się bardzo głośno. Jiri Raska lądował 1,5 metra bliżej od Polaka. Niestety, sędziowie najprawdopodobniej ulegli presji kibiców, dali mu wysokie noty i to on objął prowadzenie. Wszystkich pogodził skaczący przed Raską i podążający po drugie złoto mistrzostw Garij Napałkow. Zmierzono mu 109,5 m. Tadeusz Pawlusiak skoczył 100,5 metra, ale upadł i znalazł się poza trzydziestką. Polacy mieli jednak upragniony brązowy medal.

Dziewiętnastolatek z Zakopanego w jednej chwili stał się bohaterem narciarskiej Polski. Chociaż należał do krajowej czołówki skoczków, to jego medal nie był spodziewany. Pierwszy raz na Krokwi skoczył w wieku 14 lat. Na sukcesy nie trzeba było długo czekać. W 1968 r. na Mistrzostwach Polski juniorów w grupie „B” zdobył dwa złote medale. Rok później zdolny 18 latek z Zakopanego osiągnął dwa tytuły mistrzowskie w kategorii juniorów grupy „C’ – czytamy we wspomnieniach opublikowanych na stronie archiwum.watra.pl. Urodzony w 1951 roku medalista przyznawał, że skakać zaczął przypadkiem. Najpierw w wieku pięciu lat na małych górkach a dwa lata później, kiedy trener Jan Gąsiorowski przekonał jego rodziców o talencie syna, zaczął treningi w klubie Wisła – Gwardia Zakopane. Kariera nabierała tempa. Dwukrotnie był mistrzem i czterokrotnie wicemistrzem naszego kraju. Na igrzyska olimpijskie pojechał raz – do Sapporo. Jak sam mówi, to nie był udany start. Tam ani razu nie wszedł do czołowej trzydziestki. Tu historia poniekąd się powtórzyła. Jak Gąsienica-Daniel zastąpił na podium faworyzowanego Pawlusiaka w Szczyrbskim Jeziorze, tak w Japonii zastąpił go Wojciech Fortuna. To jednak historia na zupełnie inną opowieść.

Źródło: archiwum.watra.pl / sport.onet.pl /historiawisly.pl / mccmedale.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.