Wspomnienia polskich medalistów w narciarstwie klasycznym: Jak Łuszczek utarł nosa Rosjanom

fot. Podhalański Serwis Informacyjny WATRA

To jest historia o proroczym śnie biegacza narciarskiego, który dał Polsce pierwszy złoty medal w tej dyscyplinie. W naszym cyklu Wspomnienia polskich medalistów w narciarstwie klasycznym, wracamy do dobrze znanego nam Lahti, gdzie w 1978 roku dwa medale wywalczył Józef Łuszczek.

Urodził się 20 maja 1955 roku w Zębie. Dokładnie w tej miejscowości, z której kojarzymy trzykrotnego mistrza olimpijskiego Kamila Stocha oraz innego znakomitego skoczka Stanisława Bobaka. Mowa o Józefie Łuszczku, który do dziś jest najlepszym biegaczem narciarskim w historii Polski. Warto jednak powiedzieć, ze niewiele brakowało, a wybrałby karierę skoczka. Jak młody chłopak trenował bowiem właśnie tę dyscyplinę. W Zakopanem jednak kilka razy upadł. Raz dość groźnie to wyglądało. Wyszedł z opresji cało, ale postanowił wypisać się z klubu WKS Zakopane. Wówczas szkolni koledzy namówili go i zapisał się do klubu Start Zakopane. Tak zaczęła się jego przygoda z biegówkami. W tym klubie poznał trenera Antoniego Marmola. Pierwsze kroki na nartach biegowych nie były łatwe. Łuszczek w 1969 roku jesienią słabo na nich się trzymał. Zimą jednak wszystko się zmieniło, bo bardzo szybko przyswajał technikę. Biegaczem był coraz lepszym. Cały czas miał jednak ciągotkę do skoków. Jak pisali w Przeglądzie Sportowym, kilka razy ukradkiem szedł na skocznię i oddawał próby w nartach do biegania. Połamał osiem par, ale w klubie mówił, że to podczas treningu biegowego najechał na dziurę. Na szczęście nic od treningów narciarskich go nie odciągnęło.

W 1976 roku Łuszczek miał wielką nadzieję, że pojedzie walczyć z najlepszymi na igrzyskach w Innsbrucku. Niestety, nie został powołany. To wywołało oczywiście u niego wściekłość. Możliwe, że właśnie ta sportowa złość pozwoliła mu rok później wygrać podczas Spartakiady Armii Zaprzyjaźnionych z Siergiejem Sawieliewem i Nikołajem Bażukowem. Dwaj Rosjanie byli mistrzami olimpijskimi. To tylko pokazywało, jak wielki potencjał w nim drzemał. Na szczęście udowodnił to potem podczas najważniejszej imprezy dwulecia. W 1978 roku w Lahti rywalizacja biegaczy rozpoczynała się od biegu na 30 kilometrów. Jak wspomina Edward Budny, Łuszczek do zawodów przygotowany był niemal perfekcyjnie. Udowodnił to już na początku, zdobywając brązowy medal. Nasz bohater wspominał na łamach Przeglądu Sportowego, że triumfujący wówczas Rosjanie Siergiej Sawieljew i Nikołaj Zimiatow okazali się bardzo zarozumiali, kiedy Polak podszedł im gratulować. Mieli wówczas powiedzieć: „Eto normalno”. Kilka dni później nasz zawodnik miał prawo odwetu.

Dwudziesty drugi dzień lutego w Lahti okazał się niesamowitym dniem dla polskich biegów narciarskich. Na dystansie piętnasty kilometrów rywalizowali panowie. Łuszczek był w szerokim gronie faworytów, ale nawet na trasie nie myślał o wyniku. Biegł dobrze, ale w pewnym momencie coś się zacięło. – Ruszałem pół minuty przed Matti Pitkänenem. Był okres, kiedy zacząłem o czymś myśleć i zapomniałem o biegnięciu. Zwolniłem tempo. Zobaczyłem w pewnym momencie, że nie widzę Fina i przyspieszyłem – wspominał Łuszczek. W trakcie biegu wiedział już, że powalczy o medal. – Wiedziałem, że zdobyć drugi medal na tych samych mistrzostwach, to będzie wielka rzecz. Nie myślałem jednak o złocie – opowiadał. – Na koniec zobaczyłem, że walczę o złoto. Dałem z siebie wszystko. Pomyślałem, że mistrza świata to jeszcze nie było – dodawał. Zrobił to. Pięć kilometrów przed metą włączył ekstra tempo i z piętnastu sekund straty, na mecie zrobił dwie sekundy przewagi. Siergiej Sawieljew był drugi a faworyt gospodarzy Juha Mieto cieszył się brązem. Warto wspomnieć, że przed startem Józefowi Łuszczkowi śniło się, że stoi na najwyższym stopniu podium i grają mu Mazurka Dąbrowskiego. – Do dziś jak oglądam jakieś inne dyscypliny i słyszę nasz hymn, to mam ciarki – przyznał. Po biegu Rosjanie podeszli mu pogratulować. Nie omieszkał im przyznać „Eto normalno”. W biegu na 50 km Łuszczek pokazał, że należy do światowej czołówki i zajął siódme miejsce. – Byłem zdziwiony, że Józek nie wygrał biegu na 30 km – wspominał Edward Budny.

Źródła: Przegląd Sportowy / RMF / Youtube / Fis-ski.com / TVP

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.