Wielkie postaci skoków – Anders Jacobsen

Wracam po dość długiej przerwie do pisania o wielkich postaciach skoków. Jedni odgrywają pierwszorzędne role częściej, inni rzadziej. Natomiast każda z tych sylwetek musiała czymś zapisać się w naszej głowie i dlatego właśnie uważamy ją za wyjątkową. Nie jest łatwo przebić się, kiedy pojawiasz się w tym świecie znienacka. Anders Jacobsen przełamał właśnie te trudy i w debiutanckim sezonie tak namieszał, że otarł się o zgarnięcie Pucharu Świata. O tej przepięknej historii właśnie dziś.

My na początku sezonu 2006/2007 marzyliśmy, aby na szczyt powrócił Adam Małysz. Jak pamiętamy podczas inauguracji nie było najlepiej. Natomiast pan hydraulik z Norwegii zapukał ot tak do czołówki Pucharu Świata i w pierwszym starcie zajął trzecie miejsce. Wówczas były co prawda loteryjne warunki (jak na Kuusamo przystało) i jego wynik został zbagatelizowany. Zupełnie niepotrzebnie, bo to był pierwszy zwiastun wielkiej formy. Prawdopodobnie największej w dotychczasowej jego karierze. Po dwóch tygodniach znowu zawitał na podium – tym razem w Lillehammer. Przegrał z Gregorem Schlierenzauerem, na najniższym stopniu podium stanął Adam Małysz. Ten sam układ na podium był tydzień później podczas pierwszego konkursu w Engelbergu. Właśnie w tej miejscowości Jacobsen odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w Pucharze Świata. Dotąd nikomu nieznany skoczek stał się automatycznie faworytem do wygrania Turnieju Czterech Skoczni. Chociaż udało mu się wygrać tylko konkurs w Innsbrucku, to ostatecznie wywalczył końcowe zwycięstwo. Został tym samym drugim skoczkiem w historii, który wygrał ten prestiżowy turniej, startując w nim po raz pierwszy. Jacobsen wygrał w sezonie 2006/2007 cztery konkursy. Na Mistrzostwa Świata w Sapporo leciał w roli faworyta, ale tamte występy zupełnie mu nie wyszły. Lider Pucharu Świata totalnie nie wytrzymał presji. Było wiadomo, że rosnący w siłę Adam Małysz będzie chciał go dogonić w klasyfikacji generalnej. Norweg starał się odpierać ataki ze wszystkich sił, ale jak na debiutanta przystało – złapał zadyszkę. Polak wygrywał konkurs za konkursem, a Anders tylko raz  zagościł na podium. Sympatyczny musiał zadowolić się „tylko” drugim miejscem w generalce. Przyznajmy jednak, że takiego debiutu mógłby mu pozazdrościć niejeden zawodnik.

Źródło: ocdn.eu

Kolejne sezony w wykonaniu Jacobsena nie były już tak wyjątkowe. Oczywiście odnosił sukcesy, bo tego nie da się ukryć. Poza medalami w konkursach drużynowych na Mistrzostwach Świata i Igrzyskach w Vancouver, zdobył także indywidualny brąz na czempionacie w Libercu i Mistrzostwach Świata w lotach w Planicy. Można powiedzieć, że wtedy odegrał się na Małyszu, którego bezpośrednio wyprzedził. Anders miał niesamowitą szansę na kolejny medal w Oslo, natomiast znowu zawiodła jego psychika i z drugiego miejsca, jakie zajmował na dużej skoczni po pierwszej serii, spadł na dziewiąte. Załamał się i zrobił sobie przerwę. Jak się okazało bardzo słuszną. Znowu nabrał wielkich sił i zaczął mieszać właściwie od pierwszych zawodów. Na inaugurację sezonu 2012/2013 zajął czwarte miejsce. Później zaliczył minimalny spadek formy, ale na pierwszą ważną imprezę skumulował energię i znowu się liczył. Turniej Czterech Skoczni rozpoczął od dwóch wiktorii z rzędu i wydawało się, że jest na najlepszej drodze do kolejnego triumfu. Austriacka część turu ewidentnie zaczęła się dla niego pechowo. Prawdopodobnie w Innsbrucku zawiodła jego psychika, a świetnie wykorzystał to Gregor Schlierenzauer. Austriak odrobił starty i przed konkursem w Bischoshofen miał dużą przewagę nad Jacobsenem. Wygrane w konkursach podzielili na pół, ale Anders musiał zadowolić się drugim miejscem w klasyfikacji końcowej. Sezon trwał dalej, a on wciąż był mocny. Wygrał konkurs w Zakopanem i wyrastał na faworyta Mistrzostw Świata w Predazzo. Podczas tej imprezy nie radził sobie dobrze na skoczni normalnej, ale w pięknym stylu wywalczył brąz na dużej skoczni. Lepsi okazali się tylko Kamil Stoch i Peter Prevc. Jacobsen toczył walkę do końca sezonu o trzecie miejsce w PŚ ze Stochem i Freundem. Kamil złapał świetną formę i ciężko było Norwegowi go pokonać. Nie tracił jednak nadziei, dopóki nie przytrafiła mu się przykra kontuzja, która przede wszystkim pozbawiła go nadziei na walkę o medale w Sochi.

Anders jest jednym z moich ulubionych skoczków. Uwielbiam jego pozycję w locie, bo na takie chce się patrzeć. Bez dwóch zdań zapisał się na kartach historii i nie długo będziemy o nim pamiętać. Życzę mu, aby pozbierał się po tym nieudanym sezonie i wrócił w wielkim stylu. Trzymam kciuki!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *