Weronika Nowakowska: „Nie jesteśmy absolutnie najlepszym zespołem serwisowym” [WYWIAD]

fot. facebook.com/biathlonistka

Poprzedni sezon można nazwać przełomowym – Monika Hojnisz ustabilizowała swoją formę, Kinga Zbylut i Kamila Żuk po raz pierwszy weszły do czołowej dziesiątki. Choć… nie wszystko poszło zgodnie z planem. O minionym sezonie porozmawialiśmy z wicemistrzynią świata. – Nie tylko forma wpłynęła na wyniki – powiedziała Weronika Nowakowska.

Mateusz Wasiewski: Jak podobał się Pani ten sezon? Można powiedzieć, że był jednym z najlepszych w historii polskiego biathlonu?

Weronika Nowakowska: Czy najlepszy w historii kadry? Pewnie nie, natomiast na uwagę zasługuje ogromny postęp, który poczyniła Monika Hojnisz. To był jej najlepszy sezon w karierze, choć samych mistrzostwa świata oczywiście nie może zaliczyć do najbardziej udanych. Wiem jednak, że jest zadowolona i będąc na jej miejscu też na pewno bym była zadowolona. Bardzo cieszą również “wyskoki” formy młodych zawodniczek – Kamili Żuk i Kingi Zbylut. Nie był to jednak zdecydowanie najlepszy sezon w historii polskiego biathlonu.

M.W: Jak zapytam o to, czy mistrzostwa były dużym rozczarowaniem dla Pani jako odbiorcy i byłej biathlonistki to na pewno Pani się z tym zgodzi – w końcu jeszcze za oceanem wyglądało to całkiem dobrze.

W.N: Oczywiście, byłam zawiedziona jak pewnie większość kibiców. Patrząc na potencjał, jaki Monika miała w trakcie sezonu, liczyło się na to, że zbuduje najwyższą formę właśnie na mistrzostwa świata. Okazało się, że to tam te wyniki były najgorsze. Myślę, że powód jest złożony i nie tylko forma zawodniczki na to wpłynęła, ale to już może ekipa powinna więcej mówić niż ja. Było mi przykro, ale też trudno jako komentatorowi mówić o tak nieudanych mistrzostwach i rezultatach. Dzisiaj jako dziennikarz i komentator mam za zadanie dmuchać ten balonik i trudno mi było bronić rezultatów, jakie dziewczyny osiągały na mistrzostwach. Jeśli chodzi o panów, nie widzę jakiegoś wielkiego progresu. Oczywiście Grzegorz Guzik, gdyby strzelał lepiej, mógł częściej punktować, ale nie są to jeszcze takie rezultaty, które cieszyłyby nas, jak choćby lokaty w czołowej dwudziestce, a czasem w dziesiątce. Ciągle ten poziom reprezentacji mężczyzn jest niższy niż my byśmy sobie życzyli.

M.W: Pojawił się jednak jeden z powodów, całkiem możliwy, choć zdania są podzielone. Wracamy tutaj do smarowania nart. Zdaje się, że Pani coś na ten temat wiadomo z wcześniejszych startów? Pojawiał się ten temat? Ma to tak duże znaczenie?

W.N: Ogromne znaczenie. Dzisiejszy zawodowy sport jest tak wyśrubowany, tak aptekarski, zarówno jeżeli chodzi o obciążenia treningowe, a kończąc na sprzęcie. Chyba nikogo nie obrażę, jeżeli powiem, że nie jesteśmy absolutnie najlepszym zespołem serwisowym. Od wielu lat mamy ogromne problemy ze smarowaniem na zimny, zmrożony śnieg. Takie warunki zastaliśmy w Pjongczangu, podobne panowały w Oestersund. Analizując rezultaty całej kadry, najgorsze rezultaty biegowe zawodnicy notują właśnie w miejscach, gdzie jest zimno, a śnieg jest suchy i zmrożony. Nikt mi nie powie, że nie ma to żadnego wpływu. Oczywiście wiem, że Polski Związek Biathlonu pracuje nad tym, żeby ten serwis był na coraz wyższym poziomie. Została zakupiona maszyna do robienia struktur i szczerze wierzę w to, że w przyszłości będzie to taki element, który mocno wpłynie na lepsze rezultaty polskiej reprezentacji.

M.W: Miała pani jakiś kontakt z dziewczynami po mistrzostwach? Były zadowolone z wyniku sztafety czy bardziej przejmowały się niepowodzeniami indywidualnymi?

W.N: Myślę, że to był taki miks uczuć. Każda z zawodniczek w inny sposób wypowiadała się na temat tych mistrzostw, bo trudno porównywać emocje Moniki Hojnisz do choćby Kamili Żuk, która po pierwsze jest bardzo młoda, po drugie nie liczyła chyba jeszcze na jakieś wielkie rezultaty indywidualne. Jeśli chodzi o Monikę, to apetyt na duży wynik był, tym bardziej, że mistrzowski medal ma z 2013 r., więc sporo lat od tego upłynęło. Jej tegoroczna forma pozwalała wierzyć w to, że na mistrzostwach zaprezentuje się niesamowicie, a te wyniki były bardzo słabe. Na pewno była radość, jeśli chodzi o wynik sztafety. Uważam, że to był wynik bardzo dobry. Nie chcę powiedzieć, że powyżej możliwości, ale trudno było o jeszcze wyższe miejsce. Z tego wyniku cieszyła się również Magdalena Gwizdoń, która dostała swoją szansę. Tak jak mówię, uczucia były mieszane i adekwatne do oczekiwań, które były przed MŚ.

M.W: Można powiedzieć, że to jakieś dotknięcie może czarodziejską różdżką Nadii Biełowej sprawiło, że Monika zrobiła aż taki przeskok czy jednak te ostatnie lata też coś dały, a teraz po prostu jej forma odpaliła?

W.N: Na pewno jest to pytanie przede wszystkim do samej zawodniczki. Jeśli ja miałabym subiektywnie ocenić… Powiedziałam już na początku, kiedy dowiedziałam się, że Nadia Biełowa przejmuje rolę, że to Monika Hojnisz będzie robić najlepsze wyniki, bo zmieniła ona całkowicie styl przygotowania. Biełowa ma zupełnie inną filozofię treningów niż trener Adam Kołodziejczyk, z którym Monika miała styczność od dziecka. Trudno tutaj było znaleźć takie treningi, które stymulowały by zawodniczkę. Ona była do pewnego rodzaju wysiłku przyzwyczajona, a tu zupełnie inna szkoła. Myślę, że zmusiła swój organizm do właśnie innego wysiłku i to wpłynęło na ogólny progres. Poza tym Monika jest teraz w idealnym wieku do osiągania najlepszych rezultatów, właśnie tak ok. 28 roku życia. Wtedy mniej więcej zawodnicy osiągają właśnie szczytową formę. Wiele czynników składa się pewnie na to, że Monika odpaliła w tym sezonie, aczkolwiek uważam, że niewątpliwie udział w tym miała Biełowa, choć jeszcze raz powtórzę: przede wszystkim na ten temat powinna wypowiedzieć się sama zawodniczka. Każdy mógłby mieć jakąś teorię.

M.W: Była Pani zaskoczona, że to Włoszki toczyły bój o Kryształową Kulę? W końcowej fazie trzymała Pani kciuki za Wierer, prawda?

W.N: Nie byłam zaskoczona, jeśli chodzi o świetną strzelecko Wierer. Odeszła Domraczewa, która była bardzo, bardzo silną zawodniczką i kandydatką do zwycięstwa w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Makarainen też już nie jest młodziutką zawodniczką, a Kuzmina jest bardzo nierówna na strzelnicy. Nie ukrywam jednak, że sporym zaskoczeniem jest dla mnie postawa Lisy Vitozzi. Spodziewałam się, że do walki i triumf włączy się raczej Laura Dahlmeier, która oczywiście walczyła z kontuzją i do tej walki nie mogła wejść. Bardzo się cieszę, że to “Doro” wywalczyła kryształowy blok. Znamy się bardzo dobrze, także oczywiście moja sympatia jest znacznie większa do Wierer aniżeli do Vitozzi.

M.W: Zdaje się, że Anastazja Kuzmina drugi raz spróbuje zakończyć karierę. Pani z nią niejednokrotnie rywalizowała, znała się Pani z nią dobrze. Jaka to była zawodniczka? Jak prywatnie ją pani poznała, to co może Pani powiedzieć?

W.N: Ja Anastazję znam już od wieku juniorskiego. Ona jest 2 lata ode mnie starsza. Zawsze była bardzo cichą i skromną osobą i chyba taka właśnie pozostała do końca biathlonowej kariery. Nie dziwię się, że drugi raz próbuje zakończyć karierę – Anastazja ma dwójkę dzieci, które na pewno ją potrzebują. Tutaj też patrzę przez pryzmat mojej sytuacji. Starsze dziecko chodzi już do szkoły, drugie jest jeszcze małe. Wiem, że ona czuje, że po prostu jest potrzebna w domu. W biathlonowym świecie zdobyła niemalże wszystko. Co prawda nie wygrała klasyfikacji PŚ, ale to była zawodniczka zbyt mało stabilna na strzelnicy. Wydaje się, że najbliżej tego celu była w ubiegłym roku, ale to Makarainen okazała się lepsza.

M.W: Czy dla Pani największym rozczarowaniem sezonu była też postawa Francuzek? Braisaz zdobyła co prawda medal, ale przez cały sezon mało było ich widać na podium, a sukcesów trudno się doszukiwać.

W.N: Zdecydowanie. Gdybym miała mówić przed sezonem, na którą ekipę stawiam, to właśnie byłaby to Francja, a tutaj zadziały się rzeczy takie dość niespodziewane. Cieszę się, że Braisaz zgarnęła medal na MŚ i wydaje mi się, że to też była konsekwencja tego, że sezon w jej wykonaniu nie był zbyt dobry i ona przyjechała do Oestersund prawdopodobnie bez żadnych oczekiwań. Nie spodziewała się takiego rezultatu, będąc w średniej formie jak na własne możliwości. Będę się przyglądać tej drużynie. Oni też mieli sporo zmian w sztabie reprezentacji, co też może rzutować na wyniki. Poza tym sezon poolimpijski jest trochę przewrotny – to właśnie czas na zmianę trenerów, serwisów, próbowanie nowych rozwiązań treningowych. Również więc bywa, ale gwarantuję, że im bliżej do kolejnych igrzysk, tym mniej tych niespodzianek będzie <śmiech>. Jednym eksperymenty wypalają, a innym nie.

M.W: U Pani to naprawdę dobrze wypaliło.

W.N: Dokładnie. U mnie to był też taki rok eksperymentalny. Ja wtedy postawiłam wszystko na jedną kartę. Sporo zmieniłam w moim treningu i to mi się opłaciło.

M.W: My przed sezonem trochę obawialiśmy się, jak to będzie. Pani zakończyła karierę, niewiadomym było, co z Magdą Gwizdoń, Krysia Guzik miała problemy zdrowotne. Chyba można powiedzieć, że polski biathlon w wydaniu kobiecym ten egzamin młodszych, mniej doświadczonych zawodniczek zdał. Jest według Pani szansa na to, aby np. Krystyna Guzik po takiej przerwie powróciła do kadry biało-czerwonych? Wiem, że próbowała trenować.

W.N: Odpowiadając na pierwszą część pytania, ja jestem bardzo zadowolona z postawy młodych zawodniczek. Ciągle mam takie odczucie, że brakuje im czwartej. Mamy Monikę Hojnisz, Kingę Zbylut oraz Kamilę Żuk, natomiast ciągle tej czartej brakuje. Magda Gwizdoń już redukuje powoli ilość startów zgrupowań, zegarek tyka. Jeśli chodzi o Krysię Guzik… Trudno mi jest mówić za zawodniczkę, to ona powinna przede wszystkim się wypowiedzieć. Nie wydaje mi się, żeby wróciła do kadry i startów w PŚ, ale jak mówię – to tylko jej decyzja. To też nie jest młoda zawodniczka. Oczywiście mogłaby jeszcze potrenować, ale to musi ona sama zdecydować i powiedzieć, bo właściwie chyba jeszcze tego nie zrobiła. Czekamy na tą czwartą. Postawiono w tym roku na Karolinę Pitoń. Nie do końca prezentowała super formę, a to przecież doświadczona biathlonistka. Moje oczy są skierowane w kierunku Joanny Jakieły, która jest bardzo młodziutka i moim zdaniem warto zainwestować w potencjał, który niewątpliwie ma. Mam nadzieję, że dołączy do kadry A i będzie się rozwijać pod najlepszą opieką przy najlepszych zawodniczkach. Widać po Kamili Żuk, że to bardzo dobra droga. Polski Związek Biathlonu ma bardzo dobry system i tego się trzymajmy.

Dziękujemy za rozmowę.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: