Skoki – temat tabu przy świątecznym stole? Bronisław Stoch: „Nie zadręczamy się” [wywiad]

Skoczkowie mają tej zimy jedną z najdłuższych przerw świątecznych. To oznacza więcej czasu na regenerację, ale także daje okazję przebywania dłużej z rodziną. Postanowiliśmy zapytać tatę Kamila Stocha – Bronisława – o to, jak rodzice odbierają sukcesy syna, czy skoki to temat tabu przy świątecznym stole i jak ocenia początek sezonu w wykonaniu naszego mistrza.



Mateusz Król: Kiedy dzisiaj ogląda pan skoki narciarskie, to z mniejszym stresem po tych wszystkich sukcesach, jakie osiągnął Kamil?

Bronisław Stoch: Zawsze jest trochę napięcia, takiego niepokoju. Tak naprawdę każdy start jest oddzielny. Trudno wpadać w rutynę. To tak, jakby się przewidywało, że wszystko się potoczy tak, jak zwykle. Zdarzają się niespodzianki, a każda z tych imprez jest inna. Wszystkie rządzą się swoimi prawami, są nasycone różnymi warunkami, z różnymi rywalami trzeba się mierzyć. Jak są trudne warunki, wieje silny wiatr, to oczywiście niepokój nawet rośnie. Zdarzają się przecież niebezpieczne warunki. Nie ma na pewno w nas rutyny. Nie oglądamy skoków z założonymi rękami i żując gumę. To na pewno.

To trochę jak z Kamilem. Tyle osiągnął, a motywacji mu nie brakuje.

To jest tak, że on ciągle chce coś poprawić w swoich skokach. Teraz też doszło do tego, że każdy z pięćdziesiątki może skoczyć daleko, jak są odpowiednie warunki. Nawet Kevin Bickner ze Stanów Zjednoczonych. Nie mówiąc o Vladmirze Zografskim, który jest już niemal starym wyjadaczem. Tam są młodzi skoczkowie, którzy coraz lepiej skaczą. Tak naprawdę każdy dąży do doskonałej formy i sukcesów. Skoki szalenie się rozwinęły. Dzisiaj te różnice punktowe są minimalne. Kiedyś kilkanaście, kilkadziesiąt punktów różnicy było w dziesiątce. Teraz mamy nawet dziesiątce części. Wszyscy pomału się zbliżają i dlatego Kamil chce doskonalić swoje skoki.

Jak to możliwe, że pański syn osiągnął tak wiele i wciąż „nie wyskakuje nam z lodówki”?

Kto obserwuje jego karierę, to nie jest tym zdziwiony. Jego rozwój był stopniowy, ewolucyjny, spokojny. Oczywiście to było poparte ciężką pracą, dobrym zespołem, warunkami i sprzętem.

Czy rodzice oswoili się już z myślą, że ich syn jest najbardziej utytułowanym polskim zimowym olimpijczykiem?

Czy ja wiem? Nie myślimy o tym na co dzień, bo byśmy chyba za bardzo oderwali się od rzeczywistości. My to traktujemy jako szerzącą się historię. Uważnie to śledzimy i wspieramy. Cały czas jesteśmy pod znakiem zapytania. Wciąż z niepokojem, bo los może w każdej chwili się odwrócić. Po ludziach różne chodzą przypadki, jakieś kontuzje, czy po prostu dołek formy. My w niego oczywiście wierzymy, ale zostajemy w pewnej pokorze. Nie możemy chodzić dumni, jak paw. Nigdy tacy nie byliśmy. Mam z tyłu głowy, że jak nadejdzie kryzys, to z bohatera, może stać się obiektem negatywnych komentarzy. Jesteśmy ostrożni.

Pierwsze olimpijskie złoto Kamila przeżywał pan na łączu telefonicznym z Tomaszem Zimochem. Ten komentarz budził emocje. Jak to było u Was?

To faktycznie ciekawe wspomnienie. Poznałem kiedyś Tomasza Zimocha w Zakopanem i jest człowiekiem raczej stonowanym, ale na antenie dał popis. Jeśli chodzi o emocje, to one oczywiście były. To był pierwszy złoty medal w naszych skokach od czasów Fortuny. Tylko do nas to doszło trochę później, bo oprócz łączenia z Tomaszem Zimochem, pod domem mieliśmy telewizję. Potem urywały się telefony. Tak naprawdę nie mogliśmy tego spokojnie przeżyć. To było dla mnie strasznie trudne, ale rozumiałem pracę dziennikarzy.

Podczas ostatniego konkursu Turnieju Czterech Skoczni w minionym sezonie kamery pokazywały pana reakcję. Był pan stonowany, ale szczęśliwy.

Nawet początkowo nie wiedziałem, że kamera jest skierowana na mnie. Dopiero później się zorientowałem. Mnie się wydaje, że naprawdę cztery wygrane podczas turnieju wciąż będą zdarzały się rzadko. To jest niebywałe osiągnięcie. Dorównać Svenowi i Kamilowi będzie bardzo trudno. Teraz dołożyli te obowiązkowe kwalifikacje, to powoduje dodatkowe obciążenie fizyczne, ale także i psychiczne u zawodników. Życzę wszystkim, żeby to się udawało. Naprawdę. Myślę, że to jedno z największych osiągnięć Kamila. Svena zresztą też.

Jest pan zaskoczony formą syna na początku sezonu?

Nie ma co wyrokować na podstawie kilku konkursów i wyników dotychczasowych. Statystyka nie jest wyrocznią w skokach narciarskich. Sami nie raz się przekonaliśmy, jak ta dyscyplina jest nieprzewidywalna. Nie ma co się tym kierować. Kamil sam mówi, żeby od tego uciekać. Można sobie robić zestawienia, ale to poza nim. Za chwilę może się okazać, że obok Kobayashiego jeszcze ktoś może wyskoczyć. Nigdy nie wiadomo, kto złapie formę. Co prawda nie odskoczy na 5-6 metrów, bo to już dzisiaj niemożliwe, ale w każdej chwili może ktoś inny wygrać.

Od czasów Małysza, Kamil nie miał tak często pokonującego do rywala w kadrze. Piotrek Żyła trochę chyba też mu pomaga.

I bardzo dobrze. Piotrek na to zasłużył. Wcześniej potrafił wygrywać też Maciej Kot, także to nie jest do końca nowość. Uważam, że bardzo dobrze się dzieje, jak na przemian zajmują te wysokie miejsca. Jest ciekawe, fajnie i po koleżeńsku. Przed turniejem pojawiają się też te spekulacje, że Kamilowi może to odciążyć głowę. To są naturalne rzeczy. Mówi się, że jak dziennikarze zaczną dopytywać Piotrka za dużo, to mogą mu zaszkodzić. Wszystko zależy właśnie, jacy są dziennikarze. Nie po wszystkich można spodziewać się zadręczania, ale po niektórych już można. Najlepiej dopytywać już po sukcesach, po sezonie.

Dla Was, rodziny Kamila, teraz miły okres, bo będziecie mieli go na święta. Spędzicie wspólnie czas. Tu pojawia się pytanie, czy skoki przy świątecznym stole, to temat tabu?

Prawie o skokach nie rozmawiamy. Też chcemy, aby miał wolniejszą głowę od tego. Wiadomo, że czasem jakieś anegdoty się opowie, ale to tak, jak o zwyczajnej pracy. Równie dobrze rozmawiamy o mojej, ale to raczej rzadko.  To jest niepotrzebne absorbowanie. Można przynosić do domu różne sprawy, problemy. Dzielimy się nimi, ale nie zadręczamy się. To taka niepisana zasada.

Jak dużą rolę w karierze Kamila odgrywa jego fanklub? W tym kryzysowym sezonie odegrali chyba znaczącą rolę.

W sumie oni też ewoluowali wspólnie z polskimi skokami. Nauczyli się funkcjonować w tym środowisku, wiedzą jak wszystko zorganizować, gdzie zadzwonić. Stali się sprawni. Profesjonalnie robią różne wydarzenia w Proszowicach. Myślę, że śmiało można im powierzyć nawet organizację mistrzostw świata (uśmiech). To jest fajna ekipa, z poczuciem humoru. Potrafią się fajnie bawić, stworzyć świetny klimat. Jechałem z nimi kilka razy na zawody i za każdym razem była to udana podróż. To przyjmuje formę takiej zorganizowanej paczki. Promują przy okazji swoje miasto. Kiedyś była małyszomania, ale to nie było tak sformalizowane. To jest poniekąd ewenement, bo spełnia kilka funkcji. Uczą młodzież, jak można fajnie kibicować.

Chciałem zapytać o faworyta Turnieju Czterech Skoczni, ale domyślam się, że pan wskaże dwudziestkę Pucharu Świata.

Nie stawiam na nikogo. Przez to nigdy nie przegrywam, chociaż może czasami bym i wygrał? (śmiech) Nie bawię się po prostu w obstawianie wyników. Nie widzę w tym zabawy. To byłoby na przekór rozsądkowi. Zdaję sobie sprawę przecież, że pojawiają się różne warunki. A tu sędzia da pół punktu mniej albo więcej. Nie da się tu nic przewidzieć.

Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.