Skoki bez granic, czyli Harrachov 2014 okiem kibica – cz.3.

Z tych zaś trzech części mojego opowiadania, bo tak trzeba to nazwać, ta będzie najkrótsza bo i właściwie najmniej związana ze skocznią bezpośrednio. Ciężko aż mi nawet pomyśleć, że w niedzielę nie byłem nawet pod areną zmagań. Tak okropnej pogody podczas weekendu skoków nie widziałem na żywo jeszcze nigdy. Z telewizji też nie pamiętam. W związku z tym, poszliśmy na poranną kawę do hotelu skoczków…
Tym razem jakoś bez większych emocji i ekscesów, bo niemal ze wszystkimi już się widziałem. Aczkolwiek być choć przez chwilę uczestnikiem tego świata – bezcenne. Kolejna porcja zdjęć, wymiana kilku słów i człowiek zaczyna się zastanawiać, cy to nie aby dobrze, że są złe warunki? O zgrozo! Odpędź ode mnie te myśli. Z pewnością pojawiły się takowe stąd, że nastawiałem się już na „super pogodę” przed wyjazdem. Harrachov to jest wiatr, tak w wolnym, totalnie wolnym tłumaczeniu. Posiedzieliśmy sobie w hotelu dobre kilka godzin i do ostatniej chwili czekaliśmy na Noriakiego Kasai. Widziałem się z nim w sobotę, ale niektórzy z mojej ekipy nie mieli tego szczęścia. Czas szybko płynął i trzeba było się zabierać. Miłe spotkanie z p. Pawłem Wilkowiczem, który podarował pewnemu chłopakowi swoją akredytację na pamiątkę. Żal wychodzić, ale przecież Oni też wychodzili. Za tydzień ostatni akt… wolałem jednak o tym nie myśleć.
Wyjechaliśmy z Harrachova z kolejnym bagażem doświadczeń. Tu nie chodzi o zwykłe zdjęcia czy autografy. Poznawać ten świat z boku, za każdym razem z zupełnie innej perspektywy, choć wciąż jest to widok kibica. Jestem ogromnie szczęśliwy, że zdecydowałem się w 2012 roku odwiedzić Zakopane. Te wyjazdy na skoki są strasznie uzależniające. Działają jak narkotyk. Jeszcze nie wyjechałem z Czech, a już myślałem o kolejnym wypadzie. Tym razem Letnie Grand Prix w Wiśle. Trzeba zapisać ten cel, aby później odhaczyć, jako udany. Wkrótce na naszym oficjalnym kanale na Youtube pojawią się filmiki z Harrachova. Poinformujemy o tym oczywiście na naszym profilu na Facebooku.
foto: Archiwum własne
Mateusz Król

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *