Sezon poolimpijski otworzył nowe 4-lecie nowym dominatorem. Co wiemy po pierwszym kroku w stronę Pekinu?

(fot. Mateusz Król)

W świecie skoków utarło się określenie sezon poolimpijski – taki, który wiele zmienia – bo zawodnicy są zmęczeni walką w najważniejszej imprezie 4-lecia, ale czasem także ten, który wyłania kolejnych mistrzów. Jak często? Spróbujemy się przekonać, próbując sprawdzić, czy sezon 2018/2019 to w ogóle warto wziąć pod uwagę pod kątem przyszłości – zwłaszcza tej olimpijskiej.

Sezon 2018/2019 w skokach narciarskich dobiegł końca. Sezon poolimpijski, który jak już zdarzało się w historii zdołał wiele w czołówce wywrócić do góry nogami. Przede wszystkim dodał nam kolejnego zawodnika do grona dominatorów, które w ostatnich sezonach wyraźnie prezentowało swoją wyższość nad innymi – Ryoyu Kobayashiego, który maksymalnie nie złupił jedynie imprezy sezonu – MŚ w Seefeld. Wielu zaczyna się zastanawiać, ile wytrzyma. To ciekawe zwłaszcza biorąc pod uwagę początek nowego 4-lecia przed IO w Pekinie. Na tym podłożu przeanalizujemy, czy warto przejmować się minioną kampanią pod kątem rozwiązań w najważniejszej imprezie kolejnych lat.

Być jak Nykänen

Jeśli Ryoyu Kobayashi zacznie myśleć o czymś więcej niż samochody Porsche, czy etui na jego telefon w trakcie przygotowań do sezonu, to będzie chciał wyznaczyć sobie cel. Zawodnik po tak niezwykłym sezonie, jaki przytrafił się temu niezwykłemu zresztą Japończykowi może usiąść, spojrzeć na trofea i wyliczyć sobie zaledwie na paru palcach ręki, czego dokładnie mu brakuje do zostania legendą. My znamy to z historii – tu historia jest podobna, jak u Adama Małysza, czyli występuje brak przede wszystkim olimpijskiego medalu. Polak po swojej pierwszej Kryształowej Kuli był jednak w lepszej sytuacji – Salt Lake City i igrzyska z 2002 roku były na wyciągnięcie ręki. To zwiększało presję, ale także szanse Polaka na upragniony krążek. U Kobayashiego trzeba czekać 3 lata. Pekin stanie się pewnie jego marzeniem, ale jakże na razie odległym.

W ostatnich 4-leciach dominatorzy panują „jednosezonowo”. Ryoyu to już 15 z rzędu inny zwycięzca klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. To tworzy nam także 3 4-lecia bez zawodnika, który wygrałby w ich trakcie PŚ dwukrotnie w jednym takim okresie – do igrzysk przystępował zawsze z maksymalnie jedną Kryształową Kulą zdobytą w trakcie przygotowań do imprezy. To już nie działa na korzyść 22-latka, a dokładając do tego inne statystyki łatwo uzmysłowić sobie, jak trudno będzie mu wytrwać kolejne 3 sezony na tym samym, albo podobnym poziomie, by na igrzyskach stawić się jako jeden z faworytów. W historii tylko jeden zawodnik wygrywał złoto na IO, wcześniej będąc najlepszym skoczkiem sezonu PŚ w pierwszym roku 4-lecia. To Matti Nykänen, który zrobił to w Calgary po wcześniejszym triumfie w sezonie 1984/1985.

Złoto nie lubi dominatorów

Fin wygrał wówczas PŚ jeszcze dwa razy w tym 4-leciu. To rekord, a sam Nykänen był bliski tego, żeby jako jedyny we wszystkich sezonach okresu przedolimpijskiego zameldować się na podium klasyfikacji generalnej całej kampanii. Powstrzymało go przed tym 6 miejsce w sezonie 1986/1987. Igrzyska w Calgary, a raczej czas olimpiady przed nimi przyniosły jeszcze inną ciekawostkę. W jednym sezonie dwóch zawodników, którzy 3 razy kończyli sezony przed IO w najlepszej „3” Pucharu Świata nie osiągnęli na igrzyskach niczego indywidualnie. Mowa o Austriakach Ernscie Vettorim i Andreasie Felderze, który powtórzył jeszcze ten niechlubny wyczyn w kolejnym 4-leciu, tym razem przed IO w Albertville. To chyba austriacka statystyka, bo tego samego dokonał przed imprezą z 1984 roku w Sarajewie Armin Kogler.

Co z tego wynika? Złoto olimpijskie zdecydowanie nie lubi dominatorów, szukających stałej formy w paru kolejnych sezonach PŚ. Zdarzają się zawodnicy, którzy osiągają sukcesy przez dłuższy okres w cyklu, a potem na wielkich imprezach, ale na zasadzie 4-lecia bardzo trudno ich wskazać. Chyba najlepszym przykładem poza wspomnianym Nykänenem, byłby Kamil Stoch. Polak posiada w swoim dorobku statystykę jedynego zawodnika, który w 4-leciu przed wygranym przez siebie złotem na IO wygrywał Turniej Czterech Skoczni więcej niż raz – konkretnie 2, w trakcie ostatnich sezonów przed wylotem do Pjongczangu. Co prawda najlepszych „3” zawodników bez miejsc w na podium końcowych klasyfikacji całego 4-lecia poprzedzającego dane igrzyska są tylko dwie – w 2006 na dużej skoczni w Pragelato i słynna po konkursie na normalnym obiekcie w Pjongczangu. Znowu gdy chcemy spojrzeć na takie mających samych, załóżmy zwycięzców Kryształowych Kul w okresie przedolimpijskim – takich też mamy dwie i to z jednych IO. W Vancouver, gdy na podium obu konkursów stawali Ammann, Małysz i Schlierenzauer.

Monarchia austriacka

Rywalizacja drużyn? Tu historycznie panuje tylko jeden porządek, bądź system. Monarchia austriacka. Dwa razy wygrywali Puchar Narodów w każdym możliwym sezonie przed igrzyskami. Raz to wykorzystali i zdobyli złoto – w Vancouver w 2010 roku. W Soczi pokonali ich Niemcy, którzy mają ciekawą tendencję do wygrywania olimpijskiego konkursu tylko wtedy, gdy Pucharu Narodów nie zdobyli w żadnej z poprzedzających IO kampanii – poza rosyjskim przypadkiem, taki przytrafił im się także 20 lat wcześniej w norweskim Lillehammer. Ten trend wyznaczyła już jednak Finlandia, która tego samego dokonała, stając na najwyższym stopniu podium w Albertville w 1992 roku.

Co możemy powiedzieć o naszej reprezentacji, która właśnie zdobyła Puchar Narodów za miniony sezon? Poza tym, że z nowym trenerem powtórka z rozrywki będzie bardzo utrudniona, to także to, że w kontekście ewentualnego olimpijskiego złota statystycznie nie jest najlepiej. Ekipie, która zdobywała wyróżnienie dla najlepszej drużyny pierwszego sezonu danego 4-lecia udawało się zdobyć złoto na igrzyskach jedynie 3 razy – w dwóch to wspomniana już Austria, a do tego taki scenariusz sprawdził się także Finom w pierwszym konkursie drużynowym w historii IO. Takich przypadków, gdy mówimy o jakimkolwiek medalu jest dwa razy więcej – dokładamy brąz z Lillehammer i srebro z Soczi Austrii oraz srebro z Pjongczangu Niemców. To oczywiście statystyki, bo realistycznie… niewiele da się na razie powiedzieć. Zwłaszcza o formach drużyn, które są jeszcze bardziej sinusoidalne od wyników indywidualnych poszczególnych skoczków.

Już za cztery lata. Już za cztery lata…

A w zasadzie to za trzy. Tak, wtedy znajdziemy się w Pekinie w poszukiwaniu kolejnych mistrzów. W Polsce często mówimy o sezonach poolimpijskich, które wywracają stawkę. Jaka jest prawda? W większości tych sezonów przynajmniej jeden zawodnik obdarzony medalem pozostawał na swoim poziomie i notował finisz w TOP3 „generalki” kolejnego sezonu. Ale to w większości był dokładnie jeden zawodnik, a to wskazuje na sporą wymienność pozycji i zmienność formy w stawce.

Gdyby dziś typować, jak może być w Chinach i sprawdzić to po konkursach olimpijskich, moglibyśmy pozostać z dość dziwnym wyrazem twarzy patrzącym na wyniki. Żeby tego uniknąć, lepiej po prostu poczekać. 4-lecie faktycznie się zaczęło, ale skoki narciarskie stały się sportem, w którym jeden sezon znacznie różni się od kolejnych i rzadko ma na nie wielki wpływ. Dlatego szanse na to, żeby Ryoyu Kobayashi stawał się coraz większym gigantem w świecie skoków nie są ogromne, ale też nikt mu nie zabroni napisania tej bajki do końca. Choć my chyba jesteśmy z tych, którzy w tej sprawie zgadzają się ze słowami Kamila Stocha. „Ja mam nadzieję, że jednak nam tak znowu nie odleci” – mówił nasz skoczek w Planicy. Przykro nam, Ryoyu…

Źródło: fis-ski.com/informacja własna

Jakub Balcerski

Szef działu skoki narciarskie, dziennikarz Polskiego Radia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.