Robert Johansson: „Zaufałem swoim możliwościom” [WYWIAD]

Zazwyczaj kojarzymy go jako świetnego lotnika z charakterystycznymi wąsami, które zna już cały narciarski świat. Niewielu jednak wie, jak trudna droga czekała Roberta Johanssona, by móc wrócić z igrzysk olimpijskich w Pjongczangu z trzema krążkami – dwoma brązowymi indywidualnie i złotym w drużynie. Podczas rozmowy w Wiśle opowiedział nam o tym, a także rozwinął wątki sukcesu norweskiej kadry i celów na najbliższą przyszłość.

Jakub Balcerski: Jak wyglądał twój początek w świecie skoków narciarskich? Pamiętasz swój pierwszy skok?

Robert Johansson: Zacząłem skakać w wieku 5 lat, gdy dorastałem w Lillehammer. Od samego początku podobał mi się ten sport, pomimo że dawałem z siebie wszystko również w innych – biegałem, także na nartach, ale później zrozumiałem, że skoki narciarskie są dla mnie najbardziej ekscytujące. Po wielu latach aktywności w grach zespołowych zdecydowałem się wybrać je jako swoją główną dyscyplinę.

JB: Droga do kadry narodowej nie była dla ciebie łatwa, a gdy w niej debiutowałeś nie byłeś już juniorem. Jak wyglądał ten etap twojej kariery, droga do szczytu, na którym znajduje się obecnie?

RJ: Sama droga była trudna. Przede wszystkim miałem problemy z kontuzjami i różnymi chorobami, więc wyglądała trochę jak przejażdżka rollercoasterem. Nieraz problemem pozostawała odpowiednia motywacja, nie byłem wtedy przekonany, czy skoki to dobry wybór. Szczęśliwie udało mi się pozostać skupionym na sporcie i na tyle zdrowym, by wskoczyć na wysoki poziom. Po długim czasie walki to miłe uczucie.

JB: Natomiast wejście na światowy top po awansie do najlepszego zespołu Norwegów przyszło ci dość szybko. Można powiedzieć, że zdobyłeś spore doświadczenie, choćby olimpijskie medale. Jak się z tym czujesz?

RJ: To dla mnie niezwykłe, że mogłem się tak ustabilizować w szybkim tempie. Ale to zawdzięczam także wydarzeniom z przeszłości – walce, poznawaniu i dostosowywaniu swojego ciała do treningów. Zaufałem swoim możliwościom – trenuję, gdy czuję się wypoczęty, a gdy potrzebuję chwili spokoju, po prostu odpoczywam. Zmagałem się z wieloma problemami, teraz jednak czuję dużą motywację i potrafię uwierzyć w pracę, jaką wkładam w trenowanie. To chyba główna przyczyna tego, że w zimie mogę się nieco uspokoić i zwyczajnie liczyć na efekty ciężkiej pracy, jaką wykonuję latem. Wówczas wszystko się dobrze ze sobą składa.

JB: Jak na przestrzeni lat przebiega praca z Alexandrem Stoecklem? Można zauważyć dużo różnic w treningach, przykładowo od zeszłego sezonu w stosunku do nadchodzącego?

RJ: Na ten rok nie zmienialiśmy dużo w treningu, te zeszłoroczne były dla nas w porządku. Jesteśmy mocno skupieni na pracy podczas okresu przygotowawczego, zwłaszcza fizycznej. Dlatego co miesiąc mamy obóz, na którym pracujemy nad poszczególnymi elementami, choćby techniki skoku. To na pewno nieco zmieniło sposób, w jaki podchodzimy do treningu, ale stał się on dla nas bardziej komfortowy i zaczynamy to odczuwać także po naszych rezultatach.

JB: Zauważyłem pewną nowość w twoim stylu oddawania skoków w ostatnim sezonie – w powietrzu mocno manewrujesz rękami. Ich odpowiednie układanie ci pomaga czy to po prostu nawyk?

RJ: To chyba nie rzecz dla każdego, ale dla mnie praca rękami pozwala na zachowanie odpowiedniego balansu ciałem w powietrzu. Staram się nie robić tego już tak wyraźnie i często, bo twierdzę, że sędziowie nie patrzą na to zbyt przychylnie, a nie chcę tracić punktów za styl. Będę bardziej opanowywał swoje ręce, ale jeśli będę potrzebował, żeby jeszcze bardziej wychylać się poza narty, na pewno ich użyję.

JB: Loty narciarskie to chyba dziedzina, w której czujesz się wyjątkowo komfortowo. Jak to jest mieć w swoim kraju największą skocznię świata – Vikersundbakken?

RJ: To oczywiście niesamowite uczucie. Vikersund jest wyjątkowym miejscem, szczególnie dla mnie, bo wydaje mi się, że to właśnie tam moja kariera zaliczyła swój punkt zwrotny. Jestem pewny swoich umiejętności lotnika, ale także po prostu lubię daleko skakać.

JB: Wielu kibiców kojarzy cię po prostu jako „tego skoczka z wąsami”. Pasuje ci taki odbiór wśród fanów czy chciałbyś go zmienić?

RJ: To świetnie, że tak dużo ludzi je zauważyło. Cała sprawa z wąsami zaczęła się przypadkiem, ale zwłaszcza po igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu stała się czymś więcej. Dla mnie to tylko zabawa, ale nie planuję z tego rezygnować.

JB: Jak wyglądają twoje aktualne cele – obejmują tę najbliższą, czy już dalszą przyszłość?

RJ: Moje cele to przede wszystkim kontynuacja utrzymywania się w czołówce najlepszych zawodników sezonu. Chciałbym być przygotowany na walkę z Kamilem. Oczywiście mistrzostwa świata w Seefeld to najważniejszy moment sezonu, ale dużą wagę przywiązuję do Turnieju Czterech Skoczni, naszego Raw Air, jak i klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Mamy wiele imprez, na których warto się skupić i dążyć do osiągnięcia na nich dobrych rezultatów.

JB: Jak w tym momencie wygląda norweska kadra? Wiemy, że częściowo doświadczyły was nieprzyjemne kontuzje, ale jest tam wyraźny lider czy kontynuujecie swoją drogę jako świetnie scalony wewnętrznie zespół?

RJ: Myślę, że zawsze byliśmy przede wszystkim zespołem, to stąd brała się nasza siła i dobra dyspozycja, choćby w konkursach drużynowych. Każdy z nas chce, żeby inni też odnosili sukcesy, to wyjątkowe doświadczenie. Wydaje mi się, że Polacy są w podobnym miejscu. Największym czynnikiem wpływającym na tego typu sukces jest, by mimo setek przejechanych kilometrów i około 200 dni spędzonych razem, wciąż czerpać przyjemność z towarzyszenia twoim kolegom z reprezentacji.

Z Wisły dla Sportsinwinter.pl, Jakub Balcerski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.