Raw Air – wersja 2.0 [felieton]

(fot.: Paula M De Angelis)

 Dyskusjom, kontrowersyjnym wypowiedziom czy pewnie najzwyczajniej w świecie nabijaniu się z turnieju Raw Air w przyszłym sezonie może nie być końca. Organizatorzy poza przesunięciem konkursu w Oslo z tradycyjnej niedzieli na czwartek, co podgrzało atmosferę w samej Norwegii proponują szereg kolejnych zmian. I coś mi podpowiada, że nie spodobają się one szerszej publiczności. 

 Jesteście gotowi na podróż po szczegółach drugiej edycji najlepszego turnieju w historii skoków narciarskich. Nie? To trudno, bo już ruszyliśmy. Pierwsza zmiana w stosunku do poprzedniego sezonu to wspomniane we wstępie to złamanie ponad 125-letniej tradycji skakania w Oslo w niedzielę. Wiązało się z to festiwalem narciarstwa traktowanym nawet jako święto narodowe. Tłumy kibiców (choć ostatnio można było na to narzekać), para królewska na trybunach, piękna historia Holmenkollbakken? No sorry, Harold piwka ze Stochem nie będzie. Chyba, że się zwolnisz z pracy i przyjdziesz w czwartek.

 Ale nad tym nie ma już co zbyt długo płakać. Bo kolejne „innowacje” są coraz bardziej interesujące. Nie będzie bowiem konkursów drużynowych. Co to oznacza dla zawodników? Pewnie niewiele. Za to jest to na 100% spora strata dla kibiców i widowiska. Przecież kochaliśmy to przeliczanie not poszczególnych zawodników. Teraz o rozstrzygnięciach w Raw Air będą decydować tylko rywalizacje indywidualne. Ale nie martwcie się. Prologi podobno zostają.

 PODOBNO. Bo z nimi może być jeszcze większy cyrk. By podnieść rangę kwalifikacja myśli się o wprowadzeniu „dnia otwarcia”. Zawodnicy mają rywalizować w jednej serii, by potem najlepsza „30” skakała w drugiej, a całość ma być punktowana także do klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Cóż ja widzę? Zapowiada się zatem jeszcze więcej oddawanych skoków – 14 punktowanych do klasyfikacji turnieju i dodatkowo 9 w seriach próbnych i treningach (licząc z ewentualnymi skokami próbnymi przed „dniem otwarcia”. W takim razie proponuję, żeby za skoczkami puścić w trasę ciężarówkę wypełnioną Red Bullami. 23 skoki w 8 dni. Ambitnie. A wielki finał w Vikersund z najlepszą „30” klasyfikacji samego turnieju w odwróconej kolejności. Nie, to nie żart.

 Te wszystkie roszady w organizacji zawodów to oczywiście plany, prowizoryczny wygląd całego przedsięwzięcia, którego będziemy świadkami w marcu przyszłego roku. Rzecz, której najbardziej się boję to to, że mnie to już nie dziwi. I twierdzę, że to ma sporą szansę przejść. Problem w tym, że to już chyba nie jest sport. To szalona pogoń za pieniędzmi, którymi w zapowiedzi drugiej edycji turnieju szczycono się najbardziej. Mówiono, że to wszystko dla rangi, prestiżu, że podniosą się zarobki. Ale do tego zmierzamy? Przy wprowadzaniu Raw Air do skoków zaprzeczano tworzenia kopii Turnieju Czterech Skoczni. Zapewniano, że to coś więcej. To prawda. To więcej niż Turniej Czterech Skoczni. Bo niemiecko-austriackie konkursy raczej nie zwykły zbaczać w stronę brudu w skokach. I jeśli w to zamieniamy tak ukochany przez nas sport z czasów, gdy liczyła się jedynie odległość to ja wychodzę po pierwszej serii „dnia otwarcia” w Trondheim szukać wehikułu czasu. Tylko tak można uratować obecny wizerunek tej dyscypliny, konającej na naszych oczach.

Źródło : TV2

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *