Polacy na mistrzostwach świata – Oslo 2011

fot: eurosport.onet.pl
fot: eurosport.onet.pl

Mistrzostwa Świata w 2011 roku były dla polskich sportowców bogate w sukcesy, a dla kibiców – w niepowtarzalne emocje. W Oslo, na legendarnym wzgórzu Holmenkollen, kolejną kartę swojej sportowej historii dopisali Justyna Kowalczyk i Adam Małysz.

Justyna Kowalczyk przyjechała do Oslo w roli jednej z głównych faworytek do medalu, ale najwięcej mówiono o Marit Bjoergen. Media i kibice z Norwegii sugerowały, że biegaczka jest gotowa na to, aby wywalczyć sześć złotych medali mistrzostw świata i stać się pierwszą w historii zawodniczką, której uda się tego dokonać na jednej imprezie. Sama zainteresowana tonowała nastroje i mówiła, że będzie spełniona, jeśli uda jej się wywalczyć przynajmniej jeden tytuł mistrzyni świata. Dobrze jednak wiemy, że na jednym się nie skończyło…

Kowalczyk zainaugurowała mistrzostwa sprintem stylem dowolnym, który uważała za swoją najsłabszą konkurencję. Polka dobrymi występami w ćwierćfinale i półfinale narobiła jednak nadziei na coś więcej niż finał, który udało się osiągnąć. Niestety w decydującym biegu, który rozgrywał się na finiszu, do wybuchu radości zabrakło półtorej sekundy. Zresztą była to jedna z najbardziej emocjonujących końcówek biegu sprinterskiego na mistrzostwach świata, którą oglądałem w ostatnich latach. Biegaczka z Kasiny Wielkiej w wywiadzie po finale była jednak z siebie zadowolona i nie ukrywała, że liczy na więcej w kolejnych startach. – Na pewno była to dla mnie najtrudniejsza konkurencja. Jednak skoro tutaj potrafiłam się tak zmobilizować i skupić, to wypada mi się cieszyć. Dobrze, że nie zrezygnowałam ze startu, choć brak medalu zawsze pozostawia jakiś niedosyt. Cieszę się z zakończenia, choć stając do walki o medale chciałoby się osiągnąć więcej. Przegrałam jednak z wielkimi sprinterkami, którym gratuluję – mówiła wtedy Polka Przeglądowi Sportowemu.

Kolejnym występem, tym razem medalowym, był bieg łączony, który odbył się 26 lutego. Z tym startem wiązano już większe nadzieje, a Kowalczyk była typowana jako jedna z głównych faworytek do medalu wspólnie z Marit Bjoergen i Therese Johaug. Te przewidywania dość szybko się sprawdziły. Trzy wielkie rywalki na okrytej mgłą trasie zaczęły dyktować wysokie tempo, którego nie potrafiły wytrzymać pozostałe biegaczki. Biegaczki raz wyskakiwały z mgły, by za chwilę znowu zniknąć w jej „czeluściach”. Tuż przed strefą zmiany nart atak przypuściła Bjoergen chcąc sobie zapewnić komfortową przewagę na zmianę nart. W niemal identycznym czasie linię mety przecięły Johaug i Kowalczyk, które dość szybko dopadły swoją starszą konkurentkę. Kowalczyk biegła rozsądnie i nie dawała się sprowokować i wdać w taktyczne gierki z Norweżkami. Jak sama przyznała w wywiadzie dla TVP, pierwszą część dystansu – jej ulubionym ‚klasykiem’ – pobiegła bardzo mocnym tempem, starając się uciec Johaug i Bjoergen. To się jednak nie udało, a na niespełna półtora kilometra przed metą szósty bieg wrzuciła Bjoergen, zdobywając swoje drugie złoto w Oslo. Walkę o srebro stoczyły więc Johaug i Kowalczyk i zwycięsko wyszła z niej Polka, która nie dała szans młodszej z Norweżek. Biegaczka z Kasiny Wielkiej po biegu opowiadała na gorąco o swoich przeżyciach. – Norweżki bardzo mocno ze sobą współpracowały. Na ostatnim, długim zjeździe Johaug była pierwsza, Bjoergen druga, a ja trzecia. Therese puściła Marit, mnie nie chciała. Robiła różne dziwne zygzaki, dzięki czemu Marit dostała parę sekund w promocji – mówiła. I dodała, że nie czuje żalu do rywalek. – Gdybym biegła z drugą Polką czy zaprzyjaźnioną zawodniczką, to w takiej sytuacji zrobiłybyśmy to samo. W biegach narciarskich to normalne. Nie czuję żalu, strasznie cieszę się z wyniku – dodała.

Najważniejszy z punktu widzenia Polki i jej kibiców bieg miał się jednak odbyć dwa dni później, czyli 28 lutego. Kowalczyk przystąpiła do tego biegu z chęcią zrewanżowania się Norweżkom za dwa poprzednie występy, a jednocześnie z wielką nadzieją na to, że uda jej się wywalczyć tytuł mistrzyni świata na ukochanym dystansie. Podobny cel miała także Bjoergen, która, podobnie jak Kowalczyk, miała na swoim koncie dwie wygrane „10 klasykiem” w sezonie 2010/2011.

Biegaczka z Kasiny Wielkiej przystąpiła do biegu niezwykle zmotywowana. Podwinięte rękawy i pełne skupienie na twarzy zwiastowało bardzo dobry występ. Pierwsze potwierdzenie mieliśmy już na punkcie pomiaru po 2,2 kilometra, na którym Kowalczyk miała prawie 10 sekund przewagi nad Bjoergen. Polka cały czas mocno pracowała, dyktowała bardzo wysokie tempo i chciała dać z siebie wszystko, aby potem nie mieć do siebie pretensji o to, że nie spróbowała. Punkt pomiaru na 7,3 kilometra, przewaga ośmiu sekund, wielka nadzieja wlewa się w serca kibiców, komentatorów i wszystkich sympatyków naszej biegaczki. Bjoergen biegnie już wspólnie z Marianną Longą, daje z siebie wszystko, a nawet więcej niż jest w stanie znieść jej organizm. Włoszka pomaga Norweżce, na metę wpadają niemal jednocześnie, a reprezentantka gospodarzy chwilę później leży już na śniegu i odwraca się, aby sprawdzić jak idzie jej najgroźniejszej rywalce. Kowalczyk wbiega na stadion przy akompaniamencie krzyków miejscowych kibiców. Norwegowie odliczają sekundy, nagle słychać wielki wybuch radości… Nie udało się, Polka przecina linię mety cztery sekundy po Bjoergen. Gospodarze szaleją, Kowalczyk siedzi na śniegu nie do końca dowierzając w to, co się właśnie stało. Wielka szansa na medal uciekła. – Dałam z siebie wszystko. Chyba jeszcze nigdy nie byłam tak bardzo zmęczona po biegu. Ale się nie udało. Chyba wyjadę z Norwegii bez złotego medalu, ale bardzo się cieszę z tego srebra” – powiedziała na mecie biegaczka z Kasiny Wielkiej. – Najchętniej rozpłakałabym się, ale nie chcę dać za dużo satysfakcji Norwegom. Cieszę się, że potrafiłam tak mocno walczyć – dodała Kowalczyk.

Ostatnim akordem mistrzostw świata w Oslo był dla Justyny Kowalczyk i dla pozostałych biegaczek sobotni start na 30 kilometrów stylem dowolnym (5 marca 2011). Tym razem aura dopisała zawodniczkom i dzięki temu mogły one rywalizować przy pięknym słońcu. Wszystkie zawodniczki zaczęły bieg równo. Faworytki trzymały się z przodu i próbowały wypracować dobrą pozycję do ucieczki. Nieco pecha miała Kowalczyk, która przewróciła się przed punktem pomiaru na piątym kilometrze i musiała nadrabiać straty do rywalek. Polka szybko podniosła się i zaczęła gonić prowadzącą grupę, w której znajdowały się trzy Norweżki i Szwedka. Jako pierwsza z tej grupy odpadła Steira, kilka kilometrów później z sił opadła Kalla dzięki czemu Justyna Kowalczyk awansowała na trzecie miejsce. Polska mistrzyni utrzymywała się za plecami Marit Bjoergen i Therese Johaug do piętnastego kilometra. W tym momencie atak przypuściła młodsza z Norweżek, narzucając tempo niemożliwe do utrzymania dla Kowalczyk i Bjoergen. 22-letnia wówczas Johaug cały czas przyspieszała, a Kowalczyk i Bjoergen mogły się skupić tylko na walce o srebrny medal. Do mety nic się już nie zmieniło. Mistrzynią świata została Therese Johaug, srebro przypadło jej rodaczce Marit Bjoergen, a brąz biegaczce z Polski.

Dzięki świetnej formie przygotowanej we wcześniejszych miesiącach Kowalczyk cieszyła się w Oslo z trzech medali. Najbardziej szkoda jednak tego, że nie udało jej się wywalczyć złota, które było tak blisko zwłaszcza 28 lutego. Zabrakło dosłownie kilku sekund, aby cieszyć się razem z naszą biegaczką.

Mistrzostwa świata w Oslo to jednak nie tylko Justyna Kowalczyk, ale także Adam Małysz. Polski skoczek narciarski dał polskim kibicom powody do radości w swoim ostatnim sezonie w Pucharze Świata. „Orzeł z Wisły”przyjechał na legendarną skocznię Holmenkollbakken z nadzieją na kolejny krążek czempionatu globu. Bardzo dobre występy we wcześniejszych zawodach sprawiały, że ta nadzieja wcale nie była płonna. Małysz nie musiał skakać w kwalifikacjach, ale jego próby treningowe na jednej z ulubionych skoczni (wygrywał tutaj sześciokrotnie) nastrajały pozytywnie.

„Orzeł z Wisły” w pierwszej serii konkursowej konkursu, który odbywał się 26 lutego, wylądował na punkcie wskazującym 97,5 m, co dało mu trzecie miejsce. Dalej wylądowali Austriacy: Thomas Morgenstern i Andreas Kofler, którzy skoczyli odpowiednio 101,5 i 99,5 metra. W drugiej odsłonie konkursu Małysz tylko potwierdził swoją świetną dyspozycję. Polak oddał bardzo dobrą, nienaganną stylowo próbę i prowadził w konkursie. Kibice mieli nadzieję na to, że zawody zakończą się jeszcze lepszym wynikiem niż brązowy medal, ale austriaccy skoczkowie nie pozostawili złudzeń. Andreas Kofler wylądował na 105 metrze, a Thomas Morgenstern dosłownie „pozamiatał” osiągając 107 metr. Adam Małysz mógł się jednak cieszyć, bowiem jego rezultaty pozwoliły wywalczyć medal – pierwszy brązowy w karierze na mistrzostwach świata, ale szósty łącznie (wcześniej miał 4 złota i srebro – przyp. red.).

Polski skoczek po zakończeniu sezonu 2010/2011 odwiesił „narty na kołek”, ale udowodnił, że nawet w wieku 34 lat był w stanie konkurować z dużo młodszymi kolegami ze skoczni. Małysz żałował jednak tego, że nie udało mu się wywalczyć medalu w drużynie. – Głęboko w sercu miałem marzenie o medalu w drużynie. Tym razem naprawdę była spora szansa. Nawet jeśli nie na średniej skoczni, to na dużej spokojnie można było o powalczyć o jakiś krążek. Zwłaszcza, że konkurs był bardzo loteryjny. Szkoda tylko, że został przedwcześnie przerwany – mówił Małysz w rozmowie z Przeglądem Sportowym. – Ja wykonałem plan w 80 procentach, zdobyłem kolejne trofeum. Ciężka praca została wynagrodzona. Nie jestem bohaterem. Nie jestem też geniuszem skoków narciarskich – śmiał się Małysz. – W każdym sporcie, czy w życiu, na sukces składa się bardzo wiele elementów. Talent trzeba poprzeć wytrwałą, cierpliwą i ciężką pracą – zakończył wybitny sportowiec z Wisły.

Źródło: inf. własna / Przegląd Sportowy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *