Ostatnie takie trio: Wielcy kombinatorzy norwescy z USA

TODAY — Pictured: Johnny Spillane, Bill Demong, Todd Lodwick (Photo by Paul Drinkwater/NBC/NBCU Photo Bank via Getty Images)

Kombinacja norweska to sport dość hermetyczny i kojarzony głównie z określonymi krajami – Norwegia (nomen omen), Niemcy, Austria, Francja (choć ostatnio dołuje), Japonia. Inne kraje rzadko przerywają ten zamknięty krąg. Niemniej czasem pojawiają się jednostki, a czasem cała grupa zawodników z nietypowych krajów, która potrafi namieszać w świecie tej dyscypliny. Niniejszy artykuł dotyczy wielkiej trójki zza oceanu – mowa tu o Johnnym Spillane’nie, Toddzie Lodwicku i Billu Demongu – choć mowa będzie też o innych zawodnikach.

Człowiek dwóch sezonów

Johnny Spillane tak naprawdę zaliczył w swej karierze dwa udane sezony przedzielone długimi latami chudymi. Niemniej co to były za sezony! Urodzony w 1980 roku w znanym ośrodku narciarskim Steamboat Springs w Kolorado sezon 2002/03 miał jak marzenie. Co prawda nie wygrał żadnych zawodów o PŚ, ale stanął trzy razy na podium, a w klasyfikacji generalnej PŚ zajął miejsce siódme. Ale nie to było najważniejsze. Podczas tak pamiętnych dla nas MŚ w Val di Fiemme stanął na najwyższym stopniu podium w zawodach sprinterskich (była wtedy taka dyscyplina na MŚ). Następne sezony miał jednak średnio udane. W sześciu następnych cyklach PŚ raptem dwa razy stawał na podium nie wygrywając żadnych zawodów aż przyszedł olimpijski sezon 2009/10, w którym Spillane wystrzelił jak z procy. Najpierw 3 stycznia 2010 w Oberhofie odniósł swoje jedyne zwycięstwo w zawodach PŚ, by potem na Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver zdobył trzy srebrne medale. Zarówno Gundersen na normalnej i dużej skoczni, jak i w sztafecie kończył doświadczony już wtedy Amerykanin na drugim miejscu. Było to piękne zwieńczenie jego kariery, która trwała już wiele lat i w zasadzie mogła się wtedy skończyć. Skakał jednak Spillane bez powodzenia jeszcze 3 lata, by zakończyć karierę po sezonie 2012/13.

Arcymistrz

Jak wspomniałem Spillane w Vancouver zdobył trzy srebra, w tym jedno w drużynie. W niej oczywiście nie mogło zabraknąć tego, który z Kanady wyjechał z indywidualnym złotem, a wcześniej był też mistrzem świata. Mowa o największej gwieździe amerykańskiej kombinacji – Billu Demongu. Rówieśnik Spillane’a, urodził się jednak w mało górskich rejonach (stan Nowy Jork), niemniej jego kariera obfitowała niemal w same sukcesy. W przeciwieństwie do swojego rodaka przez właściwie całą pierwszą dekadę XXI wieku i początek dekady drugiej należał do czołówki PŚ, stając na podium aż 21 razy, z czego aż dziewięć razy na jego najwyższym podium. W sezonach 2007/08 i 2008/09 był trzeci w klasyfikacji generalnej PŚ. Jego dorobek medalowy należy do równie imponujących. W Vancouver – o czym już pisałem – wygrał Gundersena na skoczni dużej i był drugi w sztafecie. Na MŚ triumfował w 2009 w Libercu w Gundersenie na skoczni dużej, był też tamże trzeci na skoczni normalnej – wtedy najlepszy okazał się trzeci z naszych bohaterów, o czym za chwilę (podobnie jak za chwilę o tym, dlaczego Demong z Liberca mimo wszystko nie mógł do końca usatysfakcjonowany wyjechać). W Sapporo w 2007 był drugi w Gundersenie na skoczni normalnej. No i zdobył też brąz w Val di Fiemme w 2013 roku w sztafecie, w ostatnim zrywie amerykańskiej kombinacji. Warto porównać jego indywidualny dorobek na wielkich imprezach z seryjnie wygrywającym puchary świata Finem Hannu Manninenem, by dojść do ciekawych wniosków.

Nestor

Todd Lodwick w kombinacji norweskiej odegrał (przy oczywiście zachowaniu pewnych proporcji) taką rolę jak Noriaki Kasai w skokach (można go też porównać do Austriaka Bernharda Grubera). Skakał bowiem długo i przez wiele lat na bardzo wysokim poziomie, do prawdziwego mistrzostwa dochodząc pod koniec kariery. Choć wielki już był w latach 90. Skakał na IO w Lillehammer, a już w grudniu 1995 wygrał swój pierwszy konkurs PŚ – w sumie wygrał ich w karierze sześć i choć ostatnie zwycięstwo pucharowe odniósł w styczniu 2004, to prawdziwe sukcesy na wielkich imprezach miały dopiero przyjść.

W Libercu w 2009 roku ten już niemal 33-letni (rocznik 1976) Amerykanin zaskoczył wszystkich wygrywając indywidualne zawody w Gundersenie na skoczni normalnej oraz w biegu masowym (który wówczas był konkurencją mistrzowską). Jakie to były czasy dla amerykańskiej kombinacji. Odbyły się wtedy trzy konkurencje indywidualne i we wszystkich zwyciężali reprezentanci USA! Przypominam, że na skoczni dużej triumfował Demong. Aż dziw, że w drużynie Amerykanie nie zdobyli żadnego medalu – wszak byli absolutnymi faworytami. Niestety w konkursie skoków został zdyskwalifikowany Demong i do biegu nie było już sensu startować. Medale w sztafecie jednak przyszły – a Lodwick skakał zarówno w srebrnej sztafecie olimpijskiej w Vancouver, jak i brązowej w Val di Fiemme. Karierę zakończył po nieudanych dla siebie IO w Soczi (szóstych w swojej karierze) jako zawodnik już ponad 37-letni.

Inni

Drużyny nie zdobyłyby medalu bez innych zawodników w składzie. W Vancouver do wielkiej trójki dołączył Brett Camerota, najmłodszy w składzie (rocznik 1985), który wielkiej kariery nie zrobił po Vancouver w zasadzie nie notując żadnych godnych uwagi wyników. W Val di Fiemme Spillane’a już w składzie nie było, zaś brąz z Demongiem i Lodwickiem zdobyli bracia Bryan i Taylor Fletcherowie. Taylor (rocznik 1990) zresztą skacze do dziś w PŚ, zaś Bryan (rocznik 1986) jeszcze był widziany w sezonie 2017/18. Obaj lepiej zawsze biegali, niż skakali. Taylor dwa razy stawał na najniższym podium PŚ, Bryan na podium stanął tylko raz – za to na stopniu najwyższym wygrywając w kolebce tego sportu – w kompleksie Holmenkollen w roku 2012.

W ostatnich latach Amerykanie nie notują już sukcesów w kombinacji. Warto jednak przypomnieć sobie, że całkiem niedawno należeli do najściślejszej światowej czołówki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.