Nowy rozdział polskich biegaczy. Klisz: Lepiej późno niż wcale [wywiad]

fot. Anna Karczewska / PZN

Polscy biegacze narciarscy po ostatnim sezonie zimowym postanowili zrobić coś więcej niż dotychczas i ruszyli z projektem „Życie na biegówkach”. Treningi w Norwegii pozwoliły im rozwinąć umiejętności i poznać nowe metody treningowe. O tym, czy może to przynieść efekty już w Pjongczang i czy nie jest przypadkiem za późno, z Pawłem Kliszem rozmawiał Mateusz Król.

MK: Skąd wziął się pomysł na treningi w Norwegii? Walnąłeś ręką w stół i powiedziałeś: „czas zrobić coś więcej”?
PK: Tak. Można tak powiedzieć. W ubiegłym roku rozpocząłem pracę z coachem sportowym, który zadał mi pytanie: co chciałbym zmienić w swojej karierze, żeby było lepiej? Odpowiedziałem, że chciałbym wyjechać do Norwegii. Wtedy było to dla mnie nierealne z kilku względów. Po pierwsze nikt z nas wcześniej tam nie wyjechał, a po drugie jest tam drogo. Po prostu nie byłem pewny, że da się to zrobić. Udało się mnie namówić i porozsyłałem wiadomości, zrobiłem rozeznanie. Szczególnie pomógł przyjaciel Callum Smith (przyp. red. Brytyjczyk), który wszystko wytłumaczył, wycenił koszty mieszkania, jedzenia i wiedziałem mniej więcej, na co się piszę. Z coachem doszliśmy do wniosku, że trzeba będzie poszukać dodatkowego sponsora. Na mistrzostwach Polski rozmawiałem o tym z Maćkiem Staręgą i powiedziałem mu, że wybieram się do Norwegii. On też miał takie plany. Ustaliliśmy, że zrobimy to w ramach klubu UKS RAWA Siedlce. Miasto jako sponsor, więc już dużo łatwiej. Najpierw cieszyłem się, że jedziemy we dwoje. Potem doszedł jeszcze Jan Antolec i Dominik Bury. I tak powstał projekt „Życie na biegówkach”.

MK: A nie masz takich myśli, że to może być nieco za późno? „Mogłem pomyśleć o tym szybciej”?
PK: Wiadomo, że życzyłbym sobie, aby to wszystko nastąpiło szybciej, ale lepiej zrobić to późno niż wcale. Lepiej dowiedzieć się czegoś nowego niż się nie dowiedzieć. Jakbyśmy tam nie pojechali teraz, to nigdy byśmy nowości nie poznali. Zrobiliśmy krok do przodu. Byłoby lepiej, gdybyśmy zrobili to szybciej, ale cieszę się, że w ogóle się to udało.

MK: Można też spojrzeć na to z innej strony. Pokazaliście innym, młodszym, że takie rzeczy są możliwe…
PK: Pokazaliśmy faktycznie, że się da. Nam też o to chodziło. Jak widzimy, nikt wcześniej się na coś takiego nie odważył. Pojechaliśmy tam pierwsi, przetarliśmy szklaki, złapaliśmy kontakty. Myślę, że jak będziemy chcieli tam wrócić, to nie będzie problemu. Właściciel mieszkania już pytał, czy chcemy przyjechać za rok. Ludzie są tam życzliwi i bezproblemowi.

MK: Ten wyjazd był inny od obozu pod wszystkimi względami. Trzeba było zadbać samemu o swoją dietę. Gotowaliście sami… to wszystko pewnie Was do siebie zbliżyło.
PK: Na pewno tak. My jednak jako ekipa znamy się od lat. Nigdy nie mieliśmy jakichś problemów z kontaktami między sobą. Jak coś mamy sobie do powiedzenia, to po prostu mówimy. Nikt się nie obraża. Nie mówimy o kimś za jego plecami. Ta współpraca jest u nas na dobrym poziomie. To gotowanie na własną rękę miało jeden główny plus. Mogliśmy sami zadbać o swoją dietę. W hotelu jednak jest to mało prawdopodobne. Nie jesteśmy w stanie wpływać na ich menu. Tutaj robiliśmy to, co zaplanowaliśmy.

MK: A co to znaczy, że otworzyliście oczy?
PK: Zaczęliśmy nieco inaczej postrzegać trening. Wydaje mi się, że teraz podchodzimy na większym luzie. Do tej pory byliśmy zawodnikami mocno trenującymi i niekoniecznie odpoczywającymi. Jestem w kadrze siedem lat i naprawdę ciężko trenowałem. Każdy pomyślałby, że z tej pracy będzie progres. A to niekoniecznie idzie w parze, bo trzeba też dużo odpoczywać. Przynajmniej ja wyciągnąłem taki wniosek. Muszę znaleźć równowagę między treningiem a regeneracją. Musi być mocny trening i dobry odpoczynek. W tym roku zwracam na to dużą uwagę. Oni całkiem inaczej to postrzegają. Z uśmiechem na twarzy wychodzą na trening. Dzieciaki z ochotę przychodzą na zajęcia. To spowodowane jest tym, że trenerzy przeprowadzają je często w formie zabawy. Urozmaicają je, aby nie zanudzić młodych adeptów. Gry na nartach, nartorolkach. Trzecia sprawa to otwarcie nam oczu na technikę. Myślę, że to będzie widać po naszych ruchach. To idzie do przodu i ewoluuje co roku. Cały czas wymyślają nowe ćwiczenia i to się wszystko zmienia. Teraz przywiązuję większą wagę właśnie do techniki. W tym sezonie to będzie dla mnie priorytet, żeby ją poprawić.

MK: Debiut na Igrzyskach masz już za sobą. Realia nieco poznałeś. Ten projekt może zaowocować w Pjongczang?
PK: Ciężko mi powiedzieć… Jestem zawodnikiem po przejściach. Miałem problemy z przepukliną. Do Igrzysk w Soczi wszystko szło jakby cały czas do przodu. Z roku na rok był progres. Niestety, po IO w 2014 roku zaczęły się problemy zdrowotne. Było wiele przeciążeń treningowych, organizm potrzebował odpoczynku. Nie do końca to rozumiałem. Robiłem wszystko, żeby być lepszym. W końcu organizm tego nie wytrzymał. Trzy lata przeleciały bez jakiegoś większego sukcesu. Wiele osób ma do mnie pretensje. Czytałem opinie – wiadomo, jak to jest w Internecie, każdy napisze coś. Nie poddawałem się jednak. Próbowałem właśnie jakoś z tym walczyć. Myślę, że w tym roku, po drugiej operacji, będzie już wszystko w porządku. Nie czuję żadnych bóli w okolicy pachwin. Także idzie to wszystko w dobrym kierunku.

MK: Myślisz, że to sztafeta w Pjongczang będzie najważniejszym startem dla Was?
PK: Myślimy oczywiście o tym. Mam też swoje ukierunkowania. Wiem, że na pewno będą to sprinty. Będę się głównie na nich skupiał i do nich się przygotowywał. Mam zaplanowane starty, w których po drodze do Igrzysk będę walczył. W tej konkurencji będę miał największe szanse na zajęcie miejsca w czołowej trzydziestce. Plany są, chciałbym by to wyszło. Mam nadzieję, że teraz to wyszło. Nie mogę oczywiście dawać gwarancji, że wygram Puchar Świata. Nigdy nie ma gwarancji. Nie każdy ma taki wrodzony talent jak Klaebo, który ostatnio wymiatał, mając 22 lata. Robię to, co kocham, nie poddaję się i chcę walczyć. Kiedyś słyszałem, że blokuje miejsce w kadrze innym. Nie robię nikomu na złość. Po prostu chcę spełniać swoje marzenia. To jest ciężka praca, aby przyniosło to efekty. Wiadomo, że nie mamy z tego żadnych kokosów. Niektórzy skończyli z tym sportem, bo nie ma z niego korzyści. Zostają tylko ci, którzy biegi narciarskie kochają. Na nas inni patrzą często jak na wariatów. Nie zarabiamy dużych pieniędzy, a mimo wszystko startujemy.

MK: Ciężko chyba mówić o tym, że blokujesz komuś miejsce, skoro w sprintach wciąż meldujesz się na podium MP.
PK: Dokładnie. Życzę wszystkim młodym, żeby przetrwali i mieli motywację. Nawet, żeby byli lepsi ode mnie. Naprawdę nie jestem w kadrze, żeby zrobić komuś na złość, czy zablokować miejsce.

MK: A co jest Twoją najmocniejszą stroną?
PK: Wydaje mi się, że dynamika. W tym roku też zacząłem pracować nad tym. Ostatnio w Pucharze Polski w połowie dystansu widziałem, że jestem w stanie wygrać na finiszu z Maćkiem. Poćwiczyłem trochę i tak jak na treningach, mogę być szybszy od niego. Nie chcę powiedzieć teraz, że jestem lepszy od niego. Wiadomo, że Maciek jest dla mnie przykładem dobrego sprintera. W końcu jest ósmy na świecie. To mi daje właśnie motywację, że jest jakiś element, w którym mogę być lepszy od niego. Maciek ma tych atrybutów zdecydowanie więcej, jest wytrzymały, silny i też dynamiczny, ale wydaje mi się, że ja bardziej. Czuję, że na finiszu mógłbym go pokonać.

MK: Czego życzyć Ci przed sezonem olimpijskim?
PK: Zdrowia, bo to jest najważniejsze i na pewno też szczęścia. Tyle. Czego więcej sportowcowi trzeba?

Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *