Nie takie Oslo straszne, jak je malują [Komentarz]

FOT: zimbio.com
FOT: zimbio.com

Justyna Kowalczyk zakończyła zmagania w Oslo na dziesiątym miejscu, co można traktować w kategorii sukcesu. Polka na przekroju całego dystansu imponowała spokojem i dobrą taktyką, która przyniosła zamierzone rezultaty.

Zapewne mało kto spodziewał się, że biegaczkę z Kasiny Wielkiej będzie stać na tak dobry wynik w dzisiejszym biegu. Polka, która do Drammen przyjechała świeżo po Marcialondze (75 kilometrów biegu) odpadła już w eliminacjach sprintu z dość wyraźną stratą jak na tak krótki dystans. Trzeba jednak szczerze powiedzieć, że było to wkalkulowane ryzyko. Trudno bowiem wyobrazić sobie, żeby organizm mógł się w pełni zregenerować po tak ogromnym wysiłku jakim są maratony narciarskie i to… w niecałe trzy dni.

Kowalczyk na trasie biegu w Oslo nie szarżowała. Od początku biegła swoim tempem, nie chciała wyrywać się na prowadzenie i było to świetne posunięcie. Przy tak trudnych warunkach jakie dziś panowały w Norwegii każdy metr na prowadzeniu, a co za tym idzie przecieranie torów, pozostawiłoby swój ślad w organizmie. Chyba że ma się na nazwisko Johaug, wtedy nic nie stanie na przeszkodzie, aby wygrać z największą przewagą w historii całego Pucharu Świata.

Reprezentantka Polski po raz pierwszy od dłuższego czasu potrafiła niemal na całym dystansie utrzymywać tempo grupy, która prowadziła pościg (a może to za duże słowo) za Therese Johaug. Dopiero na ostatnich kilometrach, gdy Norweżki i Finki ruszyły do przodu, aby nie zostawiać sprawy miejsc na podium finiszowi, podopieczne Aleksandra Wierietielnego zaczęła tracić dystans. Ostatecznie udało jej się odeprzeć ataki Kerttu Niskanen i po raz piąty, wliczając w to start na mistrzostwach świata w Oslo, zakończyć zmagania na legendarnym Holmenkollen w czołowej dziesiątce. I ja odniosłem wrażenie, że Polka była z tego występu zadowolona.

Dzisiejszy bieg miał jednak inną bohaterkę. Therese Johaug już na samym początku rywalizacji wrzuciła bieg, który był nieosiągalny dla reszty rywalek. Filigranowa Norweżka przemieszczała się po trasie jak dobrze naoliwiona maszyna, która nie zdawała się mieć żadnych kryzysów. Liderka klasyfikacji generalnej była w swoim, innym wymiarze. Dla niej to już siódme podium w Oslo, a trzecie zwycięstwo. Na dobrą sprawę to właśnie tutaj rozpoczęła się wielka kariera tej biegaczki.

Każdy kibic narciarstwa biegowego zapewne pamięta fenomenalną postawę Johaug na trasie zamykającego zmagania podczas mistrzostw świata w 2011 biegu na 30 kilometrów łyżwą. Tam najwięcej uwagi poświęcano rywalizacji Justyny Kowalczyk i Marit Bjoergen, które miały między sobą rozstrzygnąć sprawę złotego medalu. Bardzo szybko okazało się, że nie będzie to takie proste, bo 22-letnia wówczas Therese pogodziła rywalki i w świetnym stylu wywalczyła pierwszy w karierze tytuł mistrzyni świata seniorek.

Od tego momentu Johaug narzuciła nowe trendy w rozgrywaniu biegu na 30 kilometrów. Bez względu na to czy jest on rozgrywany techniką dowolną czy klasyczną, Norweżka od samego początku narzuca wysokie tempo, które dzięki swojej nieprawdopodobnej wydolności potrafi utrzymywać. Jedyną zagadką pozostaje to czy rywalki będą w stanie dostosować się do rytmu biegowego Therese. Ostatnio jest to jednak niemożliwe i biegaczka z Kraju Fiordów dominuje na tym dystansie niepodzielnie.

Niegdyś byliśmy świadkami fantastycznej rywalizacji pomiędzy trójką Johaug, Bjoergen i Kowalczyk, ale w tym sezonie Marit jest na „macierzyńskim”, a Justyna nadal poszukuje mistrzowskiej formy. Pozostaje mieć nadzieję, że za rok obie dołączą do najmłodszej z tego grona i postarają się o to, aby w czołówce królewskiego dystansu coś na szczycie drgnęło.

Daniel Topczewski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *