Nie ma kryzysu w Austrii…

Miniony sezon w skokach narciarskich był jednym z najciekawszych, bo właściwie do Igrzysk Olimpijskich zwycięzcy konkursów zmieniali się jak rękawiczki. Pamiętamy doskonale przecież takie czasy, kiedy to wygrywał niemal bez przerwy jeden skoczek, a tylko czasami komuś udało się go pokonać. Albo i on zaliczał słabszy dzień… a przecież to jedno i to samo. Przykładem doskonałym na to jest Janne Ahonen. W sezonie 2004/2005 wygrywał niemal wszystkie konkursy do zawodów w Innsbrucku. Poza jednym w Harrachovie, który padł łupem Adama Małysza. Gdyby nie ten „wredny” Polak, mielibyśmy rekord w ilości jedenastu zwycięstw z rzędu. Rekord chyba nie do pobicia. Miniona edycja Pucharu Świata miała aż czternastu zwycięzców i ani jednemu nie udało się wygrać więcej niż dwóch konkursów z rzędu. Jak to ma się do mojego tytułu właściwie?
Od kilku lat kibicom skoków narciarskich marzy się chyba, aby Austria zeszła z tronu dominatorów. Nieco na hurra ogłoszono, że mają w swoich szeregach kryzys. Moje zdanie jest nieco odmienne. Żadna drużyna jak na razie nie osiągnęła takiego pułapu, aby zagrozić temu teamowi ( w sensie, żeby zająć ich pozycję, być ewidentnie niepokonanym).  Dlaczego? Zacznę jednak na opak. Faktem jest, że to Polacy, Japończycy, Norwegowie, Słoweńcy i Niemcy mogli cieszyć się z indywidualnych medali najważniejszych imprez w tym sezonie, ale tylko Austriacy mogą wciąż od kilku lat gościć w swoich szeregach zwycięzcę Turnieju Czterech Skoczni. Tym razem jak najbardziej niespodziewanego. I jeszcze drugi skoczek ich narodowości też był na podium. Dopiszmy do tego, że tym razem prześladował ich pech, który dotknął Thomasa Morgensterna podwójnie, ale i Andreasa Koflera też. Śmiało powiedziałbym, że po sezonie 2012/2013 Austriacy mały dołek zażegnali. Przecież w Lahti wygrali pierwszy od dwóch lat konkurs drużynowych w Pucharze Świata. Mało tego, powtórzyli to w Planicy. I to nie jakąś minimalną różnicą, a wciąż kolosalną. W ostatniej drużynówce ich przewaga nad drugą drużyną (Polska) wynosiła blisko 40 punktów! A przecież to młoda drużyna. Po raz pierwszy od wielu lat na najważniejszej imprezie nie zdobyli złota w drużynie, ale i tak mieli srebro. Przegrali z małą stratą. Czy można więc mówić, że mają jakiś kryzys?
Moim zdaniem największy wpływ w minionym sezonie na łatkę „kryzysowa Austria” miał Gregor Schlierenzauer. Największe rozczarowanie. Człowiek, który od lat uznawany jest za skoczka, któremu sukcesy przychodzą z łatwością, tym razem skakał po prostu bez przekonania. Dwa zwycięstwa pozwoliły mu podtrzymać dobrą passę. Trzeba pamiętać, że od właściwie pierwszej jego całej edycji PŚ, nie było takiego sezonu, w którym nie odniósłby przynajmniej jednej wygranej. To jest fenomen! Fenomen, który nie obronił zwycięstwa w TCS z poprzedniej zimy, Kryształowej Kuli ani nie wywalczył jedynego trofeum, którego mu brakuje – złota olimpijskiego. Kryzys miał w tym sezonie Gregor Schlierenzauer, Austriacy tak nieco osłabli, ale wciąż są świetni! Czy zmiana trenera coś im pomoże? Czy to dobry krok? Trudno powiedzieć, ale przekonamy się na własnej skórze… za rok oczywiście o tym napiszemy.
 
foto: berktuschi.com
 
Mateusz Król

 

One thought on “Nie ma kryzysu w Austrii…

  • 13 kwietnia 2014 at 22:26
    Permalink

    Nie każdemu się to marzy!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *