Neo-Japończyk w panteonie wielkich. Jak Kobayashi Ryōyū napisał własną bajkę

Turniej Czterech Skoczni to prawdziwe dziedzictwo skoków narciarskich. Kto okazuje się w nim najlepszy, już na zawsze zapamiętywany jest jako legenda dyscypliny, albo skoczek, któremu się udało. Śledząc reakcje fanów skoków na to, co stało się w zeszły weekend w Bischofshofen, wygląda na to, że Ryōyū Kobayashi jest gdzieś pomiędzy tymi dwoma określeniami. Choć znalazł swój własny styl, nadal jest kimś nowym i wdrażającym się do świadomości jako być może nowa gwiazda dyscypliny. Dorósł do wygrywania na takim poziomie, czy jego historia będzie tylko piękną, ale krótką bajką?

Tak świętują najwięksi



Kobayashi mówi o sobie, że jest neo-Japończykiem. Co to oznacza? Wystarczy wejść na jego profil na Instagramie. Nie żyje jak typowy mieszkaniec kraju kwitnącej wiśni, a zupełnie świeżo – interesuje się kulturą nowoczesną, należy do nowego nurtu tamtejszego społeczeństwa. Skąd taki człowiek w wielkim świecie skoków? Tego w zasadzie nie wie sam Ryōyū, a jego trener wciąż powtarza, że po prostu zaczął skupiać się na swojej pracy i postawił tym samym wielki krok naprzód, umożliwiając sobie pełne wykorzystanie talentu.

O historii z Porsche Cayenne zamiast Cayman, czy kibicowaniu drużynie baseballowej wiedzą już niemalże wszyscy. Co jeszcze wyróżnia Ryōyū Kobayashiego? Nie ma wielkich umiejętności językowych, choć to nic nowego wśród skoczków, którzy w swoim kraju do komunikacji z fanami, czy dziennikarzami nie posługują się angielskim, dlatego w Oberstdorfie i Garmisch-Partenkirchen podczas Turnieju Czterech Skoczni potrzebny był mu tłumacz. Jak dowiedział się portal idea.de, Markus Neitzel zgłosił się do organizatorów jako wolontariusz. Należy do misyjnej organizacji OMF Germany, jako ewangelista. Przez 13 lat pracował jako misjonarz w Japonii, przez co, teraz gdy zgłasza się hobbistycznie do pomocy przy kontaktach z zawodnikami na imprezach w tenisie stołowym, koszykówce na wózkach, czy właśnie skokach narciarskich, stał się bardzo potrzebny. Złapał nić porozumienia ze skoczkiem i podczas turnieju poznali go wszyscy dziennikarze, którzy chcieli usłyszeć, choć parę słów od Japończyka.

W austriackiej części TCS skoczek chodził już jednak z mówiącą płynnie po japońsku tłumaczką. Przy niej po japońsku Kobayashiemu gratulacje składał Sven Hannawald. Niemiec na sam koniec rozmowy życzył mu smacznego posiłku w McDonald’s, do którego Ryōyū wybrał się, żeby świętować sukces. To dość ciekawy aspekt jego wygranej, bo na identyczny manewr w Salt Lake City po zdobyciu złotego medalu igrzysk olimpijskich zdecydował się niegdyś Simon Ammann. Dla Szwajcara były to symboliczne ostatnie chwile bez sławy, gdy mógł przebywać w tego typu miejscach nierozpoznany. Jak będzie z Ryōyū? To chyba tak wpisuje się w jego styl życia, że triumf w Turnieju niewiele tu zmieni. Z popularnością, czy bez.

Rjo-ju, Joju, Roy… – wszystkie twarze Kobayashiego

Na początku tego sezonu zaczęły się dyskusje, jak właściwie wymawiać imię Ryōyū. Powstała teoria, że początkowe „r” jest nieme, więc tak naprawdę skacze Joju. Potem jednak wspominano, że czyta się tak, jak wpierw spolszczano to imię, czyli Rjoju. Prawda leży pośrodku – według prof. dr. hab. Romualda Huszczy z Uniwersytetu Jagiellońskiego należy w nim przedłużać samogłoski. Ryōyū wymawiamy więc jako Rjooo-juuu, stawiając małą przerwę pomiędzy przedłużonym „o” a dalszą częścią imienia.

Każdą wersję można by odnieść do osobowości zawodnika. Rjoju to skoczek, który nie potrafił się odnaleźć i mimo zauważalnego talentu, łączonego ze świetnymi parametrami fizycznymi i wykorzystywaniem dyspozycji, jaką miał w danym momencie. Potrafił błysnąć, oddać parę niezwykle dalekich prób, ale gdy przychodziło do zawodów, zwłaszcza tych najwyższej rangi, zawodnik potrafił zupełnie ucichnąć i sprawiać wrażenie przeciętnego. Joju narodził się po zwycięstwie w Kuusamo, którym pokazał, że stać go na pojedynki na noże z najlepszymi. Jeśli ktoś skoczy 5 metrów dalej od lidera, to on i tak postara się wylądować na tym 10. Stał się nieustępliwy, nie stał na podium tylko w jednym konkursie tego sezonu. Nie pokazuje słabości, choć często trudno mu po dalekim locie podejść do bezpiecznego i stylowego lądowania. Woli eksponować te, które wyjdą mu nadspodziewanie dobrze, a telemark nadaje się do narciarskich podręczników. Roy to natomiast jego wcielenie w japońskiej szatni – tak nazywają go inni podopieczni Hideharu Miyahiry. Jaki zatem jest Rjooo-juuuu?



attooteki yuushoo, czyli miażdżące zwycięstwo

Jest niezwykłym sportowcem, który przeszedł metamorfozę i oparł się wielkiemu mitowi skoków. Patrząc na niego po turnieju – w niemalże każdym aspekcie wydaje się być gotowym do kontynuowania swojego rozwijania wielkości. Choćby na MŚ w Seefeld, które nadejdą już za 40 dni. Jeśli spojrzymy na statystykę, okaże się, że ci, którzy wygrywali TCS w sezonie mistrzostw świata, sięgali po medal tylko w 10 z 43 przypadków. W 7 były to zdobycze indywidualne, a medalistów różnych kruszców jest 15. Ich sytuacja w Pucharze Świata wskazywała na to, że w periodzie po TCS zdobywali średnio więcej punktów niż przed nim, co utrzymywało ich na wysokim poziomie i sprawiało, że nie tracili kontaktu z najlepszymi.

Co powinien zrobić Ryōyū, żeby utrzymać taką formę? Przykładem może być sezon 2010/11, gdy Thomas Morgenstern miał identyczny bilans jak Kobayashi przed Turniejem, a po nim, mimo że prawie nie zwyciężał, stawał na podium w niemalże każdym konkursie. Później na MŚ zdobył 3 medale, prezentując niezwykłą dyspozycję. Na światowym czempionacie ostatnie medale indywidualne Japończycy zdobywali dzięki Kasaiemu, który 16 lat temu w Predazzo 2 razy zakładał na szyję brązowy. Głód takiego sukcesu na pewno nie jest więc mały.

Biorąc pod uwagę jego luz w podejściu do Turnieju Czterech Skoczni, jestem przekonany, że stać go na jeszcze większe sukcesy. Biorąc pod uwagę, że wygrał wszystkie 4 konkursy, prezentując w każdym własny, piękny styl można stwierdzić, że kolejne sukcesy mogą przyjść mu dość łatwo. Na jego nastawienie duży wpływ ma wsparcie, jakie otrzymuje. Podkreślał rolę brata Junshiro, inspiracji Noriakim Kasaim, czy trenera Hideharu Miyahiry. Pamiętam scenkę z lata i wizyty w Wiśle, gdy Miyahira do późnych godzin nocnych pilnował swoich zawodników już dzień po zawodach. Ta pilność przerodziła się jednak w wielki triumf. Bo dziś każdy w tym zespole cieszy się sukcesem Ryōyū, który ma w sobie zarówno sporo odniesień do wielkich mistrzów, jak Funakiego, czy najlepszych lat Kasaiego, ale też domieszkę własnej fantazji. Kobayashi to wariacja na temat japońskich skoków. Neo-japońskich.

Podziękowania za pomoc przy powstawaniu artykułu dla prof. dr. hab. Romualda Huszczy z Uniwersytetu Jagiellońskiego.


Źródło: idea.de/fis-ski.com/informacja własna

Jedna myśl na temat “Neo-Japończyk w panteonie wielkich. Jak Kobayashi Ryōyū napisał własną bajkę

  • 11 stycznia 2019 o 23:15
    Permalink

    Jaki idiota to pisał! Pięknie stylowo to skacze Kamil

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.