Medalowe historie olimpijskie: Ugasił olimpijski płomień nadziei rywali, czyli złoto Zbigniewa Bródki

fot: onet.pl

To był zbyt nieoczekiwany medal, abym nie napisał tego wspomnienia, dosłownie w swojej wersji. Tak, jak to widziałem i jak zapamiętałem w głowie. Zbigniew Bródka zdecydowanie „ugasił ten olimpijski płomień nadziei rywali”.

Igrzyska Olimpijskie w Soczi były dla nas tak wyjątkowe, że ciężko nam wskazać sukces, który nas najbardziej wzruszył, albo ten najbardziej wyczekiwany. Po prostu cztery złote medale łącznie były dla nas snem. Takim najpiękniejszym. On jednak zdobył krążek najmniej spodziewany. Oczywiście zgrzeszyłbym, gdybym napisał, że absolutnie niespodziewany. Człowiek, który rok wcześniej zdobył Puchar Świata na dystansie, naturalnie jest wśród faworytów imprezy olimpijskiej. Zbigniew Bródka miał jednak walczyć po prostu o czołową trójkę. Wszyscy widzieliśmy, jak gromili wszystkich Holendrzy w Rosji. Jednak sam niespełna 30-letni wówczas Polak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak świetnie przygotowany jest do zawodów. Wiary nie zabrakło…

Pamiętam to sobotnie popołudnie, jak dziś dzień. Przygotowywałem się jednak na wieczorne widowisko skoków. Organizowałem na uczelni wspólne kibicowanie z małymi atrakcjami, więc trochę byłem tym pochłonięty. Właśnie dlatego nie mogłem oglądać wszystkich par panczenistów na 1500 metrów. Polskie pary jednak musiałem zobaczyć. Bródka właściwie przeszedł wtedy samego siebie. Rywalizował w parze z ówczesnym rekordzistą świata Shanim Devisem. Amerykanin bronił tytułu wicemistrza olimpijskiego sprzed czterech i nawet ośmiu lat. Postać niezwykle utytułowana, ale reprezentanci USA nie błyszczeli formą w Soczi. Zbyszek zostawił rywala w tyle. Polak rozpędzał się z meta na metr a wraz z nim komentator TVP Piotr Dębowski. Człowiek, który nadał temu sukcesowi jeszcze większej wartości. Bródka przekroczył linię mety i objął prowadzenie! „Jet pierwszy! Prowadzi! Matko jedyna on to zrobił! Ugasił ten olimpijski płomień nadziei rywali. Minuta czterdzieści pięć zero, zero! To może być medal, to może być złoto” – krzyczał Dębowski. Na wynik ostateczny trzeba było jednak poczekać.

Emocje nie mogły opadać, bo do końca rywalizacji pozostały jeszcze trzy pary. Nikt jednak nie zbliżał się do rezultatu Zbyszka Bródki. Ani mistrz świata, ani genialny reprezentant gospodarzy. Już przed ostatnim wyścigiem było wiadomo, że polska ma kolejny medal na tych Igrzyskach. Ta radość była nieoceniona, ale gdzieś w głębi duszy uwierzyłem, że to będzie złoty medal. Przyspieszony stukot serca, podskakiwanie na krześle i wielki okrzyk zawodu, kiedy zobaczyłem, że Koen Verweij jest pierwszy… „Nie! To jest taki sam czas. Jaka będzie decyzja. Minuta czterdzieści pięć zero, zero. Będą decydować tysięczne części sekundy. Matko Przenajświętsza co tu się dzieje. (…) Kto jest pierwszy? Polak! Polak!” – wybrzmiewało z ust Piotra Dębowskiego, który przeszedł z Bródką do historii polskiego sportu. Obaj przeszli do pamięci o dokładnie trzytysięczne sekundy, bo o tyle Holender przegrał z Polakiem. Był zawiedziony, wściekły. Miał wygrać a przegrał z Bródką. W Polsce była euforia. Miliony widzów skakały z radością. Wszyscy powtarzali jednak, że to jednak nie koniec tego dnia. Nie mylili się. A Zbyszek Bródka, strażak z Polski, rozpalił lód do czerwoności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *