Marzył o igrzyskach letnich, a pojechał na zimowe. Arnold Zdebiak: „To, co dała mi lekkoatletyka, mogłem wykorzystać w bobslejach” [wywiad]

fot. nadesłane / PZBiS

Marzył o igrzyskach letnich, a pojechał na zimowe. Mowa o Arnoldzie Zdebiaku, który z bieżnie zamienił na tor bobslejowy. W Pjonczangu z kolegami wykręcili najlepszy wynik polskiej czwórki na igrzyskach. Na tym nie poprzestaną. O przejściu z lekkiej atletyki do bobsleja, specyfice tego sportu i możliwościach rozwoju z ambitnym sportowcem rozmawia Mateusz Król.

Mateusz Król: Dlaczego zdecydowałeś się na bobsleje?

Arnold Zdebiak: To trochę śmieszna historia i właściwie szalona. Byłem na ostatnim roku studiów w Niemczech (Zarządzanie przedsiębiorstwami) i zdawałem sobie sprawę, że jeśli w lekkiej atletyce nie wejdą na wyższym poziom, to koniec przygody ze sportem. Biegałem w finałach mistrzostw Polski, ale wyniki na poziomie 10,60 sek, nie dawały szans na dobre rezultaty w Europie. Skończyły się studia i trzeba było normalnie żyć. Na Facebooku zobaczyłem jednak ogłoszenie o naborze do bobslei. Zgłosiłem się i dostałem telefon od trenera Janisa (przyp. red. obecny trener kadry), który zaprosił mnie na testy. Te wyglądają w ten sposób, że biegamy na stadionie trzydzieści metrów, skok w dal z miejsca i pchanie wózka, taką imitacje bobsleja. Tego samego dnia trener powiedział mi, że widzimy się na następnym obozie. Chwila nieuwagi i stało się. Z tyłu głowy marzyłem o igrzyskach, ale cały czas letnich. To największe wyróżnienie dla sportowca, wziąć udział w igrzyskach. Można powiedzieć, że w ciągu siedmiu miesięcy udało mi się spełnić marzenia. Pojechałem na Zimowe Igrzyska Olimpijskie, po zmianie dyscypliny sportowej.

MK: A wcześniej wyrażałeś jakiekolwiek zainteresowanie bobslejami?

AZ: Wiedziałem, że coś takiego istnieje. To trzeba od razu powiedzieć. W tym czteroleciu znajomi sprinterzy przechodzili do bobslei. Cały czas się o tym mówiło, że są większe możliwości. Pracowało się nad siłą i wagą, która jest ustalona w widełkach. Potem można to wykorzystać i reprezentować Polskę na Pucharze Europy i Świata.

fot. IBSF- International Bobsleigh and Skeleton Federation

MK: A jak zareagowali na tę decyzję najbliżsi? Na pewno byli zaskoczeni…

AZ: Oj, było zaskoczenie, było. Kiedy powiedziałem narzeczonej, to poprosiła mnie, abym zastanowił się, czy to na pewno to, bo adrenalina i ryzyko jest w tym sporcie niesamowite. Pędzi  się 150 km/h, bez pasów, w rynnie i to bez hamowania, tego używa się bowiem dopiero na końcu, do tego siedzi się za pilotem, któremu trzeba zaufać. My, jako rozpędzający, działamy przez pierwsze pięćdziesiąt metrów, a następnie utrzymać musimy pewien poziom, aby nie odbiegać od głowy pilota. Nasza pozycja musi być aerodynamiczna. To taka formuła jeden zimą. Ryzyko spore, dlatego narzeczona i rodzice mówili, abym zastanowił się, czy warto. Myślę jednak, że jest warto. Zwłaszcza, że lubię adrenalinę.

MK: Jak trudno było wejść nowemu zawodnikowi do czwórki bobslejowej?

AZ: Trzeba powiedzieć, że byłem nowym zawodnikiem w bobslejach, ale my się znaliśmy. Nie znałem jedynie pilota, który jest w tym sporcie od dawna. Pozostali rozpychający, to byli sprinterzy. Widzieliśmy się zatem na stadionach lekkoatletycznych, a potem przerzuciliśmy się na ścieżki lodowe. Nie było zatem tak, że ktoś doszedł nowy do całej ekipy. Pokazałem się z dobrej strony. To, co dała mi lekkoatletyka, mogłem wykorzystać w bobslejach. W drużynie jest dobra atmosfera, wspieramy się. Kiedy się nie widzimy, dzwonimy do siebie raz w tygodniu.

MK: Wydaje się, że jak ruszycie, to nie macie już większego pola do manewru, w razie kiedy pójdzie coś nie tak.

AZ: To jest kwestia schowania się. Można powiedzieć, że jak skoczkowie czy lekkoatleci, nie mamy jakichś specjalnych kombinezonów. Nie jesteśmy nimi obudowani. To nas nie ochroni. Jeśli pilot popełni jakiś błąd, to już wie, że może to zakończyć się glebą, jak nazywamy to w swoim żargonie. Pilot nas informuje już wcześniej o takiej sytuacji. Wtedy musimy się mocniej złapać i docisnąć się. Czasami jednak przeciążenie jest tak duże, jak chociażby na torze w Altenbergu, że nawet najsilniejszy odpychający nie jest w stanie utrzymać się. Z prawami fizyki się nie da wygrać. Pilot ma ten plus, że wie o tym, co się może zdarzyć, szybciej.

fot. IBSF- International Bobsleigh and Skeleton Federation

MK: Jaka jest twoja rola w czwórce?

AZ: Jestem jeszcze tak naprawdę juniorem i biegam w dwójce z młodszym pilotem, a w czwórce jestem jako drugi. Sytuacja wygląda tak, że rozpychamy te 50 metrów a  pilot wskakuje pierwszy. Ja jestem jako drugi i my jako lotkowi, z kolegą po lewej stronie i hamulcowym, wskakujemy potem. Ja za pilotem siedzę i nie mogę go dotykać, ponieważ muszę zrobić przerwę taką, żeby on miał ruchy głową, żeby mógł widzieć co się dzieje, a chłopaki za mną, są wciśnięci w moje plecy aby ta pozycja aerodynamiczna była przybrana. Kontroluję to, żeby pilotowi nie przeszkadzać. Kiedy przeciążenia dochodzą do tych 7G, to jest tak, że człowiek jedzie i po chwili, z każdym wirażem czuję, że się dosuwa do pilota, a nie powinien. To tak jak w samochodzie. Jedziemy z pustą paką i wystarczy że wiatr zawieje i już zaczynają być turbolencje. My tak samo. Gdyby któryś z nas zaczął się ruszać to na lodzie, jest na tej samej zasadzie. Zwłaszcza na wirażu.

Czasami jednak przeciążenie jest tak duże, jak chociażby na torze w Altenbergu, że nawet najsilniejszy odpychający nie jest w stanie utrzymać się.


MK: To przejście na ten moment z lekkiej atletyki na ten sport uważasz za udany? Jest tak, jak sobie to wyobrażałeś i czy w ogóle poleciłbyś innym takie przejście?

AZ: Jak najbardziej poleciłbym, tylko tutaj trzeba też powiedzieć, tak jak przed chwilą rozmawialiśmy, jest duże ryzyko i adrenalina. Nie każdy się do tego nadaje. Mamy testy gdzie z lekkiej atletyki dużo osób przychodzi, tylko później, jak już się wchodzi na tor, gdzie załóżmy start jest na wysokości piątego, szóstego piętra i stoi się na belce startowej, i widzi się wszystko wokół, to w tym momencie trzeba dać z siebie 100% i tyle samo wcisnąć z tego bobsleja na wysokości piątego, szóstego piętra, a to wszystko przy prędkości nawet 150 kilometrów na godzinę. Niektórzy po prostu dziękują. To wtedy szanuje się takie coś, kiedy ktoś mówi od razu. No niestety, jak to z każdym sportem. Ktoś może być super przygotowany fizycznie, ale jeszcze jest psychika. Byli i mistrzowie treningu, bo to trzeba tak powiedzieć, ale niestety czasem nie da się odblokować. Na całym świecie jest tak, że przechodzi się z lekkiej atletyki. W Wielkiej Brytani są tacy zawodnicy, którzy jako sprinterzy osiągali wyniki poniżej dziesięciu sekund na setkę, a jednak są w bobslejach. Większość Niemców to są byli wieloboiści czy też sprinterzy, którzy biegali na poziomie poniżej 11 sekund.

MK: Marzenia, jakimi były igrzyska, udało się zrealizować. Co najbardziej wspominasz? Coś cię mile zaskoczyło w Pjongczangu?

AZ: Tak to było spełnienie marzeń. Można powiedzieć, że jedzie się do tego miejsca, gdzie jest święto sportowców całego świata sportu. Impreza jest organizowana co 4 lata, każdy ma różne są spostrzeżenia. Mogłem zobaczyć wszystkich sportowców, których, można powiedzieć widziało się tylko w telewizji. Na przykład za dzieciaka się oglądało skoki narciarskie i Adama a później się siedzi razem z nim przy stole i się nie mówi Panie Adamie tylko Adamie. Normalnie można usiąść i się zapytać o szczegóły, jakieś plotki, takie jak kto ile skacze w dal z miejsca, albo jak ten banan smakuje z bułką. To jest fajne, że wszyscy są z całkowicie innym podejściem, ponieważ na igrzyskach jest rywalizacja, oczywiście, ale to jest taka zdrowa, to nie jest taka jak Puchar Świata, gdzie nie rozmawia się w szatni. Jest jedno wielkie skupienie, a na igrzyskach, było takie można powiedzieć, bardziej rozluźnienie. Co już wszyscy ci, którzy tam są, osiągnęli swoje i teraz walczą żeby zrobić to, co trzeba

 

To, co dała mi lekkoatletyka, mogłem wykorzystać w bobslejach

MK: Czyli inaczej niż to w telewizji wygląda?

AZ: Tak, dokładnie. To jest naprawdę ta zdrowa rywalizacja. I to było widać. Po prostu tutaj przyjechali sportowcy, żeby zrobić to, na co pracowali i mają zaplanowane. My pojechaliśmy tam, żeby walczyć o finałowy zjazd, bo to trzeba powiedzieć, że my przez cały sezon borykaliśmy się z różnymi problemami. Z bobslejami, kontuzjami i chcieliśmy tam po prostu pojechać, ale to było też tak, że jako członkowie jednej drużyny, wierzyliśmy w siebie wzajemnie i ufaliśmy sobie. Jak każdy odda wszystko za siebie, to też się motywuje do walki.

MK: Nie ma co ukrywać, to nie jest najpopularniejszy sport w naszym kraju, Dlatego chcę zapytać o finanse. Nie chodzi mi o to, ile zarabiacie. Bardziej oto, czy jest taka płynność, która pozwala się utrzymać? Jak to wygląda z przygotowaniami, starcza na to pieniędzy?

AZ: Trzeba od razu powiedzieć, że sytuacja finansowa nie jest za ciekawa. To rzeczywiście nie jest mainstreamowy sport. Są jednak takie kluby jak ten w Lublinie, który będzie teraz nas wspierał i przejął można powiedzieć całą czwórkę, ponieważ chcą tam wypromować ten sport. To jest bardzo widowiskowy sport i w Niemczech to widać, jak są zawody. Ludzie przychodzą sobie z piwkiem, z kiełbaską, wurstem. W Polsce po pierwsze nie mamy toru. Miejmy nadzieję, że to się zmieni. Oby wzrosła popularność, bo na to przecież patrzą sponsorzy. My bodajże na igrzyskach zajęliśmy drugie miejsce pod względem oglądalności w Polsce. Pierwsze były oczywiście skoki narciarskie i później bobsleje. Widać, że ten sport ma potencjał. Ludzie przychodzą, patrzą na tę adrenalinę. Walczymy zatem o sponsorów. PZBiS nie ma takiej możliwości, żeby wszystko zapewnić, zatem każdy z nas gdzieś pracuje. Ja mam swoją firmę. Koledzy pracują, niektórzy jako trener przygotowania fizycznego, więc każdy musi jakoś sobie radzić. Nie możemy powiedzieć tego, że możemy całkowicie się skoncentrować na spor

fot. PZBiS

cie i pójść na sto procent. Każdy z nas ma narzeczoną, czy żonę, dwóch chłopaków ma dzieci. Mamy zatem cały czas z tyłu głowy, że jeśli są możliwości sponsoringu jakiegoś, to wchodzimy w to. W poprzednim sezonie przygotowawczym jeździliśmy na dwutygodniowe obozy, wracaliśmy na tydzień do domu i znów dwa tygodnie. I tak cały czas. W tym roku nie możemy sobie na to pozwolić i na przykład wybieraliśmy obozy, na które przyjeżdżamy, ponieważ każdy musiał zapewnić byt swojej rodzinie i nie da się tego inaczej pogodzić.

MK: Jeśli chodzi o sezon bobslejowy, generalnie o sporty saneczkarskie, to co jest najważniejsze, kiedy nie ma igrzysk?

AZ: Mamy teraz mistrzostwa świata w Whistler w Kanadzie. Chcemy tam pojechać i pokazać się z jak najlepszej strony. Mamy nadzieję, że związek zabezpieczy nam to, że pojedziemy na te mistrzostwa. W bobslejach co roku są Puchary Świata, Mistrzostwa Europy i Mistrzostwa Świata. Są to nasze główne cele i chcemy zdobyć tam, jak najlepsze miejsce. Miejmy nadzieję, że w tym roku wszystko wypali pod względem finansowym i będziemy mogli reprezentować Polskę na mistrzostwach świata w Kanadzie. Specjalnie pojechaliśmy tam rok temu, żeby nie było sytuacji, żeby pilot mógł poznać tor. Tak samo jest w Formule 1 i w saneczkarstwie. Pojechaliśmy tam, żeby nauczył się tego toru wcześniej i żeby nie było problemów z tym, żeby na mistrzostwach dać z siebie z 100%. Na początku wygląda to tak, że bardzo słabo pchamy, żeby prędkość nie była za wysoka. Żeby nasz pilot przywyknął. Jeśli rozepchamy za mocno, na dzień dobry będzie około 50-60 kilometrów na godzinę, to wtedy bobslej bardzo szybko nabiera prędkości i lepiej, żeby pilot na spokojnie się nauczył w ciągu kilku dni i potem już startujemy z najwyższej pozycji. Wtedy są inne prędkości i bobslej inaczej zachowuje się na torze i inne ruchy musi też wykonywać.

To jest bardzo widowiskowy sport i w Niemczech to widać, jak są zawody. Ludzie przychodzą sobie z piwkiem, z kiełbaską, wurstem.


MK: Czy trzynaste miejsce czwórki na igrzyskach to wynik, na który was realnie stać? Czy czujecie, żeby po tym okresie przygotowawczym, czy w trakcie niego,  będzie was stać na więcej? Czy czujecie, że jest to możliwe?

AZ: Tak, czujemy, że jest możliwości do walki. Trzynaste miejsce jest trzynastym miejscem, ale jak to sportowiec każdy ma niedosyt. Fajnie, że to jest historyczne najwyższe miejsce na igrzyskach olimpijskich. Każdy z nas wiedział, że będziemy walczyć na pewno o TOP 8. W bobslejach jest ta pierwsza dwudziestka. Także byliśmy najlepszą ekipą, która nie ma toru u siebie w kraju. Była Wielka Brytania i jeszcze inne kraje, które nie mają toru u siebie. Można powiedzieć, że tę rywalizację wygraliśmy. Tutaj będziemy walczyć o TOP 8. Wtedy będzie można powiedzieć, że jesteśmy w czołówce. To chcielibyśmy pokazać w zbliżającym się sezonie. Miejmy nadzieję, że wszyscy dotrwają. Dwóch rozpychających było teraz w wojsku i możliwe, że dołączą teraz do wojska, bądź do wojskowych grup sportowych. Jest się na etacie sportowym i można też na rozkazie trenować. Jeśli to się uda, to z tyłu głowy będzie to takie zabezpieczenie. Jest tak także w Czechach czy w Niemczech, gdzie startują na rozkazach. My rozpoczynamy sezon w październiku i wracamy w marcu. Żaden pracodawca nie chce takiego pracownika. Tutaj państwowe służby pomagają w dużym stopniu. Mam nadzieję, że to też wypali i będzie możliwość zaciągnięcia się do wojska i reprezentowania Polski.

Dziękuję za rozmowę.

 

Wywiad przygotowali:
Mateusz Król
Kamil Karczmarek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.