Kulisy Małyszomanii: I jak tu się nie wzruszyć

Dokładnie za 50 dni na skoczni imienia Adama Małysza w Wiśle-Malince zainaugurowany zostanie sezon 2017/2018 Pucharu Świata. To chyba dobry moment, by zakończyć cykl Kulisy Małyszomanii. I uciec na moment od wspomnień, rozmyślając o przyszłości jaką to zjawisko zafundowało polskim skokom. 

W Wiśle jest wiele dobrych miejsc do rozmów, ale także rozmyślania nad przeróżnymi tematami. Dość wspomnieć o Królowej Polskich Rzek, której miejscowość zawdzięcza swoją nazwę, czy beskidzkich szczytach, ale są to także dość popularne miejsca w samym centrum miasta. Chyba każdy, kto choć trochę poznał Wisłę, odwiedził cukiernię „U Janeczki”. To jedno z unikalnych miejsc, do którego często się wraca – nie tylko ze względu na świetne ciasta czy czekoladę. Ale przede wszystkim klimat. Gdy przyszedłem tam w trakcie weekendu Letniego Grand Prix wiedziałem, że poza walorami smakowymi słynnego już „ciastka Mistrza” napotkam tam odrobinę spokoju by przemyśleć parę tematów, o których chciałem tu napisać.

Małyszomania zbiera swoje żniwa już dobrych parę lat. Obserwujemy obecnie pierwsze pokolenie zawodników, których wielką motywacją do rozpoczęcia przygody ze skokami była niezwykła historia Adama Małysza. Jestem też przekonany, że nie ostatnią. Pytanie tylko na ile magia osiągnięć „Orła z Wisły” będzie oddziaływać na przyszłość. Raczej trzeba brać pod uwagę obecny układ sił – zaczęli swoją przygodę ze skokami prawdopodobnie ostatni, którzy dorastali w erze sukcesów Małysza. Do zaangażowania kolejnych potrzebny jest więc nowy impuls.

Taki z pewnością odnajdujemy w ostatnich latach sukcesów Kamila Stocha i reprezentacji zarówno Łukasza Kruczka, jak i Stefana Horngachera. Skoki cały czas są w Polsce na topie, do tego rozwijają się także pod kątem szkolenia młodzieży – warto wspomnieć o inicjatywach amatorskich skoczków, czy podobnych do klubu Eve-nement z Zakopanego. To wszystko napawa sporym optymizmem w kontekście przyszłości tej dyscypliny w naszym kraju. Pojawiają się nawet młodzi zawodnicy odnoszący już sukcesy, o których robi się głośno, jak choćby Tymek Cienciała. I myślę, że o to poniekąd chodziło w potężnym nagłaśnianiu i promowaniu Małyszomanii.

Postać Adama Małysza obrosła w legendę i stała się dla Polaków niemalże historyczną, stawianą w kwestiach popularności na równi z bohaterami narodowymi. Dzięki temu wybiła się dyscyplina, a co za tym idzie znalazła się droga dla ewentualnych następców Mistrza. Ktoś taki jak Adam zdarza się raz na tysiąc albo i więcej lat. Ale nikt nie zabrania innym dążyć do dorównania mu. Przecież po cichu każdy widząc rozpromienionego Małysza, liczył na kogoś kto przejmie po nim pałeczkę.

Uczucie oglądania skoczków w formie nawiązującej do największych sukcesów mieszkańca Wisły jest dziś wyjątkowe. W końcu nie tylko on jest dzisiaj wielki w swoim rodzinnym mieście. Wychodząc z cukierni skierowałem się prosto na plac Hoffa. Tam w głównym budynku Urzędu Miasta znajduje się bowiem pomnik Adama z białej czekolady, pozostając przy temacie słodyczy. Ale nie on mimo swojej unikalnej odmienności był celem mojej wizyty. W lipcu ruszyła w tym miejscu także specjalna wystawa poświęcona Piotrowi Żyle, który po udanych Mistrzostwach Świata w Lahti zanotował wyjątkowy wzrost popularności. W gablotach widać plastrony, a także pierwsze trofea Piotrka. Do tego ściany korytarza, gdzie mieści się wystawa wypełniają piękne zdjęcia z wielu okresów jego kariery – nawet jej wczesnych etapów.

Przywodzi to wszystko na myśl wspomnianą już w cyklu Galerię Trofeów Adama Małysza, który znajduje się kilkaset metrów stąd. Oczywiście nie rozmachem, ale już sam fakt, że jakikolwiek polski, a co dopiero wislański skoczek ma swoją własną wystawę i zgarnia mnóstwo uwagi mediów, czy fanów, a nawet zwykłych mieszkańców Wisły byłby koło dziesięć lat temu nie do pomyślenia. A tak się stało. I to jest właśnie magia działania Małyszomanii, która to wszystko wywołała. Być może otworzyła nam drzwi do pięknego, złotego okresu, który wcale nie musi się kończyć na dekadzie sukcesów. Patrząc w przyszłość, nawet delikatnie uśmiecham się, bo widzę, że znaleźliśmy pewną ciągłość, która może zapewnić nam zapasy radości na wiele, kolejnych sezonów.

Z Wisły wyjeżdżam w pełni zadowolony, po odświeżeniu sobie wszelkich doświadczeń ze skokami i procesem, który tak mnie, jak i tysiące innych osób ukształtował i naprowadził na skoki. Gdy zdałem sobie sprawę, ile pięknych chwil na to wpłynęło łatwo przyszło się wzruszyć. Ale czy jest choćby jeden polski fan tej dyscypliny, który tak nie miał?

Źródło: informacja własna

 

Jakub Balcerski

Szef działu skoki narciarskie, dziennikarz Polskiego Radia

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: