Jakub Kot: „Nie chcę zostać drugim Walterem Hoferem” [wywiad]

Najpierw skoczek, potem ekspert w mediach, dziś trener, ojciec i delegat techniczny, a także początkujący polityk. Jakub Kot stał się ważną i ciekawą postacią polskich skoków narciarskich, nawet jeśli podczas swojej kariery nie był czołowym zawodnikiem. W rozmowie dla naszego portalu dogłębnie przeanalizował sytuację młodzieży, zwłaszcza wśród kobiet i potwierdził, ujawnił szczegóły dotyczące jego roli jako radnego i delegata, a także zdradził, gdzie w tym roku zobaczymy go w studiu telewizyjnym.

Jakub Balcerski: Rozmawiamy zaraz po Pana powrocie z treningu w Zakopanem. Zacznijmy zatem od tego, jakie dokładnie role w tym momencie spełnia Pan jako trener młodzieży?

Jakub Kot: Jeśli chodzi o moją sytuację, to jestem trenerem w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem, gdzie odpowiadam za sekcje skoków narciarskich i kombinacji norweskiej. Mam pod sobą 8 podopiecznych – 4 dziewczynki i 4 chłopców i te treningi odbywają się do południa. Jednocześnie sprawuję opiekę nad sekcją skoków narciarskich kobiet w AZS-ie Zakopane, gdzie mam jedynie 3 dziewczynki, które trenuję po południu. Nie jest ich wiele, bo reszta z nich przeszła do SMS-u i zajmuje się nimi wcześniej. Więc jestem teraz głównie trenerem skoków narciarskich kobiet, ale od tego pewnie trzeba zacząć. Na razie w klubie są 3, później być może będzie tych zawodniczek 10 i 30, może to się rozwinie. Trzeba wziąć poprawkę na to, że nie wszyscy tak naprawdę wiedzą jeszcze o szkoleniu kobiet w skokach, bo to stosunkowo młody sport i wiele klubów nawet nie ma poświęconych im sekcji.

JB: A gdyby miał Pan ocenić, jak wygląda młodzież i jej szkolenie w Zakopanem?

JK: Jest parę klubów – świetnie rozwijający się Eve-nement, czy Wisła Zakopane, która ma trochę problemów, do tego te miejsca, w których pracuję. Nie jest kolorowo, ale mamy w sobie nadzieję. Chcemy żebyśmy z tej młodzieży, która przychodzi na treningi i chce się rozwijać, mieli kiedyś nowego Małysza, czy Stocha.

JB: Ostatnio dostaliście małe ułatwienie w treningu pod postacią uruchomionego wyciągu. To chyba spora pomoc po problemach z ostatnich lat?

JK: W XXI wieku trening bez czynnego wyciągu jest treningiem nieefektywnym. Uruchomienie go ponownie to nie powód do strzelania fajerwerkami i otwieraniem szampana z radości, tylko powrót do normalności. Przecież ten wyciąg był i to czynny, a później musieliśmy czekać 5 lat, żeby mieć go z powrotem. To skandal, że w takim miejscu jak Zakopane to mogło się wydarzyć. Nikt tym dzieciom już nie wróci straconego czasu, gdy musiały jeździć albo do Szczyrku na treningi, albo wspinać się na 60 czy 90-metrową skocznię z 2,5-metrowymi nartami i całym, ciężkim sprzętem. Śmiem twierdzić, że zwykły człowiek w wygodnych butach po wejściu tam się zmęczy, a co dopiero młody skoczek, który ma narty dwa razy dłuższe od siebie i musi tam wejść 4, czy 5 razy, żeby ten trening był jakkolwiek efektywny. Więc wyciąg faktycznie mamy, skocznie są stare, ale cieszmy się, że w ogóle je mamy, a do tego dochodzą też sala gimnastyczna, czy siłownia, w których organizujemy trening fizyczny.

JB: W niedzielę mamy w Polsce wybory samorządowe, a Pan kandyduje do roli w Sejmiku Województwa Małopolskiego. Jakie są plany dotyczące działań w tej dziedzinie?

JK: Chciałbym zacząć rozmawiać, dyskutować o modernizacjach, jak choćby tej zapowiedzianej przez premiera i przestrzeni dla rozwoju dyscyplin w Zakopanem i nie tylko. W tym momencie w biedzie rozgrywamy zawody krajowe, nie wspominamy nawet o międzynarodowych, które pozwoliłyby na postawienie kroku do przodu i dalszemu promowaniu dyscyplin w regionie. Gdy pomyśli się o ruszeniu tych spraw i działaniu w nich, być może będzie można także zacząć myśleć o imprezach większych niż tylko te krajowe.

JB: Skoro w większości zajmuje się Pan szkoleniem kobiet w skokach narciarskich, to chciałbym zapytać o ocenę tego, jak w tym momencie wyglądają. Wiemy, że jest źle, ale w jakim sposób Pan to postrzega z perspektywy trenera?

JK: Potrzeba nam bodźca, który pobudziłby tę dyscyplinę. W przypadku skoków w naszym kraju tym bodźcem były sukcesy Adama Małysza, które dały nam sporo możliwości rozwoju. Dzięki niej zaczęliśmy skakać ja i Maciek, z różnym skutkiem, bo ja z tego efektu „Małyszomanii” wypadłem, ale mój brat, Olek Zniszczoł, czy Dawid Kubacki zaszli daleko i mógłbym tak wymieniać dalej. Taki bodziec w tym momencie trudno nam będzie znaleźć, bo żadna zawodniczka raczej nie wygra Pucharu Świata, więc musimy się uzbroić w cierpliwość. Z drugiej strony jednak kobiety skaczą już długo – były igrzyska w Soczi bez naszych zawodniczek, teraz w Pjongczangu też, bo dopiero poznajemy rzeczywistość i jest za wcześnie. Nie wiem, co robiliśmy, gdy świat już trenował i nas pod tym kątem wyprzedził, ale wydaje mi się, że pewne rzeczy zaniedbaliśmy. Często tłumaczono mi, że to problemy wagi, hormonów i dojrzewania – tylko że wszyscy na świecie się z tym borykają i jakoś nie mieli na tyle dużych kłopotów, by sobie z tym nie poradzić. Często mówi się do mnie, że mówię o tym za dużo, ostro i krytykuję, ale ja w tym momencie wiem swoje i części doświadczeń nie zdradzę. Zrozumiałem, że to trenowanie zupełnie inne niż w przypadku chłopców, z innymi metodami i podejściem. W naszym kraju brakuje też rywalizacji, bo nie mamy zaplecza. Nie jest jak w przypadku mężczyzn, że są osoby, które potrafią wygryźć te będące w danym momencie najwyżej. Na zawody pomimo nadwagi, słabej formy, czy innych problemów często i tak jeżdżą te same zawodniczki, a to znowu oddziałuje na psychikę i motywację innych. W naszych skokach kobiet jest zatem słabo, mamy problemy, ale liczę na to, że wypracujemy rozwiązanie i ta ocena będzie mogła się zmienić.

JB: W ostatnich dniach dużo mówiło się także o tym, że wraz z Łukaszem Kruczkiem zdaliście egzamin na międzynarodowych delegatów technicznych. Jakie są Pana plany związane z tą funkcją i jak będzie ją łączył z pozostałymi?

JK: Faktycznie wygląda to tak, że zdaliśmy egzamin teoretyczny, ale do zaliczenia pozostał jeszcze ten praktyczny. Podejdę do niego w ramach pracy jako asystent delegata podczas zawodów FIS Cupu w Zakopanem w styczniu. Jeśli podczas pracy w całym gronie sędziowskim pójdzie mi dobrze i zdam ten egzamin, to wtedy będzie mnie można oficjalnie nazywać delegatem technicznym FIS. Ale od razu uspokajam, że delegatów na świecie jest wielu, więc oznaczać to będzie pracę np. przy dwóch weekendach Pucharu Świata. Tych moich funkcji przybywa i na pewno nie będzie łatwo połączyć bycie ojcem dwójki dzieci, trenerem w klubie i szkole, a teraz branie też udziału w działaniach politycznych, ale myślę, że da się to zrobić. Jako delegat pracowałem już w Polsce, a także pomagałem przy organizacji PŚ, więc doświadczenie już mam. Zawsze marzyłem, żeby zostać skoczkiem na najwyższym poziomie, co się już nie uda, ale chyba warto zostać przy tym sporcie, więc nowa rola, mimo że trudna i wymagająca to na pewno pozwala jeszcze lepiej poznać świat skoków od tej drugiej strony. Nie chcę zostać drugim Walterem Hoferem, ale ta rola pomoże mi wspiąć się jeszcze po tej drabince własnego rozwoju.

JB: Dopytam o wspomnianą Wisłę – znów będzie Pan pomagał przy organizacji zawodów czy ten natłok obowiązków wymagał odpuszczenia tych przygotowań?

JK: Nie, pojawię się w Wiśle. Zawsze dostaję telefon stamtąd, żebym pomógł, bo jestem potrzebny i to dla mnie jak najbardziej miłe. Będę tam pewnie od poniedziałku, a od wtorku będziemy przygotowywać strefę dla zawodników i cały obiekt. Do tego dojdą jeszcze studia telewizyjne, bo mam propozycję, żeby pojawiać się w weekendowych oprawach Pucharu Świata w Telewizji Polskiej. Od Eurosportu po studiu kończącym zeszły sezon w Planicy nie dostałem żadnej propozycji latem, ale to też ze względu na to, że oni nie oprawiali w ten sposób zawodów Letniego Grand Prix. Od TVP słyszałem wtedy, że chcieliby, żebym z nimi współpracował i doszło do tego, że przed zimą chciały mnie obie strony. Wybrałem jednak Telewizję Polską jako nowy projekt, coś świeżego w tej dziedzinie, ale decyzja była bardzo trudna. Z ekipą z Eurosportu bardzo się zżyłem i praca z nimi to była ogromna przyjemność.

JB: Niedawno stwierdził Pan, że na pewno jeszcze wróci na skocznię amatorsko, choćby latem. Udało się to zrobić w ostatnich miesiącach?

JK: Tak, latem po uruchomieniu wyciągu obiecałem sobie parę skoków po pięciu latach. W lipcu i sierpniu, gdy udało mi się wykonać ten plan na Średniej Krokwi, ale w kolejnych miesiącach po podjęciu nowej pracy i narodzinach drugiej córki nie mam już tak wiele czasu. Gdy puszczam zawodników, to oczywiście sam chciałbym być na ich miejscu, ale to też nie jest amatorski sport, jak wyjście z kolegami na piłkę wieczorem, tylko tu trzeba być w pełni przygotowanym. Nie wiem, czy uda mi się skoczyć jeszcze tego lata i choć pewnie nie, to nie chowam sprzętu głęboko i na pewno skoczę jeszcze po sezonie dla przyjemności. Ciągnie wilka do lasu, człowiek odmłodniał, a adrenalina i strach, który czułem, jest jedyny w swoim rodzaju. Teraz jednak inne obowiązki są na pierwszym miejscu.

Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.