Heinz Kuttin: „Stworzyliśmy świetny system pracy” [WYWIAD]

(fot.: GEPA pictures/ Daniel Goetzhaber)

Heinz Kuttin rozpoczął właśnie swój 4 sezon pracy jako trener narodowej kadry Austriaków. W rozmowie z naszym portalem opowiedział o wcześniejszych etapach szkolenia zawodników w Austrii, indywidualnych treningów z Thomasem Morgensternem czy obecnych przewidywaniach w sprawie Stefana Krafta, a nawet jego następców.

Jakub Balcerski: Wydaję mi się, że każdy wyjazd na zawody w Polsce to dla Pana pewien rodzaj sentymentu. W końcu prowadził Pan naszą kadrę do 2006 roku przed przyjściem Hannu Lepistoe. Jak to jest wracać teraz w każdym sezonie do Zakopanego czy Wisły?

Heinz Kuttin: To świetne uczucie, mam z Polską związanych wiele świetnych wspomnień. Obecna kadra to świetni zawodnicy, miło mi widzieć ich rozwój, bo wielu z nich miałem okazję szkolić jako juniorów i teraz obserwuję, jak wspinają się na coraz wyższy poziom. Przejął ich mój dobry przyjaciel i współpracownik z polskiego okresu, Stefan Horngacher i stworzył naprawdę świetny zespół.

JB: Nie wszyscy pewnie wiedzą też, że częściowo to właśnie Pan odkrył talent Kamila Stocha i wprowadził go na stałe do kadry narodowej…

HK: Jest wielu trenerów, którym należało, by to przypisać. To trenerzy klubowi, czy też z danego regionu zazwyczaj widzą te pierwsze kroki zawodnika – jak uczy się zjeżdżać, skakać, a później dorasta i pogłębia swoje umiejętności. Byłem więc tylko małą częścią tego sukcesu, ale to sprawiło, że czuję się dziś dumny.

JB: Robert Mateja we wczorajszym wywiadzie długim wywiadzie dla Sport.pl opowiedział o czasach, gdy był jednym z Pana podopiecznych i mówił o zaskoczeniu jaki wywołał u Pana stan polskiego sprzętu i, że udaje się go tak dobrze wykorzystywać zawodnikom. To prawda? 

HK: Z tego co pamiętam, rzeczywiście nie był w najlepszym stanie, ale to akurat był problem Polskiego Związku Narciarskiego. Tak jak niemalże wszędzie, w Polsce postanowiono coś zmienić i zatrudniono trenerów zagranicznych – mnie i Stefana Horngachera, więc staraliśmy się wykonywać swoją pracę jak najlepiej.

JB: Jeśli mógłby Pan zmienić cokolwiek w tamtym okresie swojej pracy zrobiłby Pan to, czy pozostawił wszystko w taki sposób, w jaki się odbyło?

HK: Nie, nie zmieniłbym nic. Trzeba wykonać dokładny i ustalony wcześniej program. Na to składają się treningi zarówno fizyczne, jak i mentalne, czy skupiające się na poszczególny segmentach życia skoczka. Musimy nauczać tego przez lata, to nie może być rok czy dwa. Ja miałem trzy, uważam że były dobre. Później świetną pracę wykonali Hannu Lepistoe i Łukasz Kruczek. Podobnie teraz robi Stefan Horngacher. Myślę, że możesz trenować zespół 3-10 lat, ale zawsze musisz iść do przodu. Gdy przychodzi czas, że trener nie może wdrożyć żadnych nowych doświadczeń do zespołu, trzeba go zmienić.

JB: Jak wielka jest różnica w trenowaniu reprezentacji Austrii i Polski?

HK: Jest spora, to dwa zupełnie różniące się od siebie kraje, w których panuje zupełnie inna mentalność. Austria to mój dom, mamy tu wielu trenerów, wśród których każdy wie wszystko lepiej. Dlatego sztuka trenerska za granicą jest chyba nieco prostsza, ma się większe pole manewru.

JB: Trenował Pan skoczków w Austrii wiele lat – najpierw w Villach, potem indywidualnie Thomasa Morgensterna, a teraz kadrę narodową. Który z tych okresów zmienił Pana najbardziej?

HK: Pracowałem w różnych sektorach – w Villach miałem młodych skoczków i tam bardzo dużo nauczyłem się w czasie ich dorastania, gdy zmienia się ich ciało w wieku 13-16 lat. Rosną mięśnie, skoczek dopiero się tworzy i dlatego jest to tak odmienne od trenowania na profesjonalnym poziomie, choćby w kadrze. Tam każdy ma już wypracowaną sylwetkę i formę fizyczną, a tobie pozostaje praca nad detalami, dzięki którymi można to jeszcze rozwinąć.

JB: A podjęcie decyzji o współpracy z Thomasem było dla Pana trudne?

HK: Nie, w tamtym czasie miałem pod kontrolą tylko dwóch zawodników – Thomasa i Martina Kocha, razem z grupą juniorów. Pracowałem głównie u siebie, w Villach, gdzie mieszkają także obaj zawodnicy, więc nie musiałem jeździć na zawody Pucharu Świata – po prostu pracowałem w domu. To był jeden z najlepszych okresów w mojej trenerskiej karierze, bardzo dużo się nauczyłem od zawodników, gdy pokazywali mi jak ich trenować. A to zawsze jest dla mnie bardzo ważne.

JB: A wydaje się Panu, że decyzja o zakończeniu kariery przez Morgiego była słuszna? Na pewno nie dało się jej kontynuować?

HK: Tak, nie było możliwe dalsze skakanie na limicie, granicy wytrzymałości po jego upadku. Miał w Innsbrucku podczas przygotowań do powrotu próbę, w której przypomniał sobie o doświadczeniach z Kulm. Nie upadł, ale nie potrafiłby skakać dalej.

JB: Jest Pan jednym z absolwentów Schigymnasium Stams, które obchodziło w tym roku swoje 50-lecie. Jak ta szkoła wpłynęła na Pana późniejszą karierę trenera?

HK: Ta szkoła nie jest dla późniejszych trenerów. Ona jest dla młodych adeptów stawiających pierwsze kroki w świecie narciarstwa. To najważniejszy etap ich życia jako zawodnika. Przychodzą tam w wieku 12-13 lat, a wychodzą 5-7 lat później, mając za sobą zarówno szkołę, jak i wymagające treningi. To dobre połączenie, ułatwiające naukę młodym sportowcom, świetnie zorganizowany system, przez który przechodzi większość późniejszych zawodników kadry narodowej.

JB: Jak udało się wam w Austrii tak usystematyzować szkolenie i drogę skoczka do poważnego sportu? To wygląda na świetnie zorganizowane już ponad 30 lat.

HK: To wielka tajemnica Austriaków (śmiech). Ale ten sekret wychodzi już na zewnątrz, gdy poszczególni trenerzy obejmują zagraniczne reprezentacje. To samo działo się z fińskimi szkoleniowcami od lat 90.

JB: Myśli Pan, że Stefan Kraft ma zadatki na dominatora skoków narciarskich? Po tym sezonie być może  można go będzie nazywać prawdziwą legendą tej dyscypliny. 

HK: To dopiero początek walki w tym sezonie. W zeszłym zaczął świetnie, później przyszła choroba podczas Turnieju Czterech Skoczni, po której wracając do Pucharu Świata był już bardzo silny. Jego kontrola nad każdym konkursem była niesamowita, to jak często szczęśliwie, ale wydobywał gdzieś te decydujące dziesiąte części punktów. Trenowanie go przez ten rok było bardzo trudne, każdy wymagał od niego, a więc i od nas podążania tylko na szczyt. W Wiśle zaprezentował się dobrze, liczymy że w kolejnych konkursach będzie podobnie.

JB: Stefan w którymś wywiadzie powiedział nawet, że dla niego poprzedni sezon mógłby jeszcze trwać, co dla większości innych zawodników jest wręcz niewyobrażalne…

HK: Tak, Stefan byłby na to gotowy. Jest świetnie przygotowany na ten sezon, nie miał też żadnej kontuzji, co jest zawsze bardzo ważne w regularnych i spokojnych treningach, a także w obliczu tego jak wiele mamy konkursów.

JB: Pewną rzeczą, którą zauważyłem w austriackim zespole na przestrzeni lat to płynność z jaką zmieniają się zawodnicy na światowym topie. Gdy macie zdecydowanego lidera, zazwyczaj gdzieś w tle pojawia się także jego następca, który powoli zdobywa punkty i doświadczenie pozwalające mu później zastąpić najlepszych, których forma nieco spadnie. Macie aktualnie zawodników, którzy mogliby stać się następnymi Schlierenzauerami i Kraftami?

HK: Myślę, że stworzyliśmy świetny system pracy razem pomiędzy grupami zawodników – zarówno starszych, jak i młodszych. Dlatego juniorzy mogą mieć te same oczekiwania, a także materiały treningowe, co seniorzy. Nie są jednak na tym najwyższym poziomie przez co łatwiej im dorastać i wszystko to przyswajać. Muszą zdobywać doświadczenie, to jest kluczowe do rozwoju. Dostawali szanse w zawodach Pucharu Świata, ale wtedy robili się nerwowi, czasem nie stać ich było na skoki na tym najlepszym poziomie w konkursach. Potem stworzyliśmy system, w którym nie mają presji podczas startowania w tych zawodach, mogą spokojnie chłonąć wiedzę na temat tego, jak w nich walczyć, jak pozostać w rywalizacji na stałe. W zeszłym sezonie na podobnym poziomie skakali Markus Schiffner i Clemens Aigner. Walczyli pomiędzy sobą o powołania na PŚ, Aigner nieco podupadł, ale później świetnie pokazał się, wygrywając Puchar Kontynentalny i wracając do kadry seniorów. Występuje u boku będącego już tam Schiffnera i teraz może dalej się rozwijać.

JB: Chciałem Pana zapytać także o doświadczenia związane z Igrzyskami – które było w Pana karierze najważniejsze?

HK: Pierwsze Igrzyska zaliczyłem w wieku 16 lat, wszystko było dla mnie przytłaczające i zbyt ogromne. To zawody jak każde inne, ale wszystko dookoła ciebie je wyróżnia, ich otoczka. W tym roku też będzie o nich bardzo głośno, wszyscy będą pytać, kto wygra i o przewidywania. Pjongczang będzie w lutym, na razie o tym nie myślimy. Na razie musimy do tego dotrzeć, zbudować drużynę.

JB: A staracie się wycelować z formą, czy utrzymać ją przez jakiś czas?

HK: Trzeba utrzymywać ją przez większą część sezonu, od Turnieju Czterech Skoczni do samego końca. Musimy wybudować wtedy pewność siebie, którą trzeba będzie wykorzystać w kluczowych momentach. Przed nami dużo ważnych turniejów, jak właśnie TCS, loty w Kulm, MŚ w Oberstdorfie, Raw Air, wspomniane Igrzyska i oczywiście finał Pucharu Świata. W każdym mamy określone cele i chcemy się zaprezentować, jak najlepiej.

JB: Ma Pan już sprecyzowane plany na przyszłość jako trener – czy chce Pan zostać na poziomie Pucharu Świata, czy może wrócić do rodzinnej Austrii?

HK: Nie patrzę na swoją przyszłość z tej perspektywy. Każdy musi mieć jakiś plan B w swojej głowie, ale wcale nie musi o nim wspominać. Na razie mamy szereg sporych celów na ten sezon, a nad kolejnymi będziemy myśleć później.

Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *