„Gotowy, gdy ma się liczyć” – Simon Ammann, czyli specjalista od imprez większego kalibru

Zwykle nieokrzesany, pełen chaosu i braku zorganizowania. Tylko wydaje nam się, że znamy Simona Ammanna. W Pucharze Świata skacze już 20 lat, ma na koncie prawie wszystkie sukcesy, jakie można sobie wymarzyć uprawiając tę dyscyplinę. Prawdopodobnie właśnie stracił szansę na dołożenie do nich upragnionego Turnieju Czterech Skoczni i trzeba pogodzić się z tym, że nigdy nie będzie już słynnym „Harrym Potterem”. Wybudował sobie jednak pomnik, o którym warto będzie pamiętać. 

Przylot na lotnisko w Zurychu. Wysiadka z samolotu, silny wdech szwajcarskiego powietrza. Pewnie z domieszką tego alpejskiego, gdyż w panoramach stolicy tego kraju przy dobrej widoczności zobaczymy dumnie piętrzące się swoją potęgą, ośnieżone szczyty najwyższego europejskiego pasma górskiego. Kierujemy się ku terminalowi, myśląc o planach na ten dzień. Bezpośrednio po przylocie udamy się do hotelu, odpoczniemy trochę. Może pozwiedzamy, coś zjemy, ale wszystko spokojnie. Szwajcaria to przecież kraj wyrachowania, precyzji i przede wszystkim bogactwa, rozumianego różnie. Z zamyślenia wyrywa nas pewna postać.

Wyrosła przed oczami, ale nie wygląda na żywą. Jej ciało jest drewniane, ma niezwykle wyraźnie zaznaczone rysy twarzy. Na głowie ma kask, w rękach trzyma pionowo ułożone narty. Wygląda na rzeźbę, mozolną pracę zajmującego się z nią przez tygodnie artysty. Ale, żeby powstała rzeźba wcześniej musi ukształtować się przedstawiany przez nią bohater. A on tworzy się latami, często w kompletnej niszy, bez blasku fotoreporterów, którzy interesują się nim dopiero gdy zakończy swoją wspinaczkę na szczyt. To jednak wcale nie oznacza ułatwienia życia. W zasadzie czeka go jeszcze więcej tytanicznej pracy, by utrzymać ten poziom. I nakład presji, której do tej pory mógł szczęśliwie unikać.

Kim jest rzeczony jegomość, który z tym wszystkim potrafił sobie poradzić? Kto wyrwał nas z myślenia o przyjeździe do spokojnej Szwajcarii, by choć na chwilę zwrócić zwyczajnie należącą mu się uwagę? To człowiek, który osiągnął praktycznie wszystko, co mógł. A co najważniejsze wszystko to zrobił sam. Jak podkreślał podczas prezentowania opisywanej rzeźby, może to i lepiej, że jest nietypowa, wykonana właśnie z drewna. Przypomina mu ona czasy gdy, jako młody chłopak chodził z tatą do lasu ścinać drzewa na opał. Teraz widząc swoją podobiznę, może uzmysłowić sobie, że to urzeczywistnienie pomniku, jaki budował przez przeszło 20 lat własnymi rękami. Złoty pomnik Simona Ammanna – najważniejszego sportowca Szwajcarii wszechczasów.

Simon wychowywał się na wsi. Rodzice prowadzą gospodarstwo rolne w jego rodzinnym Grabs – położonej na wzgórzach mieścinie u podnóża alpejskich olbrzymów. To mimo wszystko absolutnie nie jest najważniejsze miejsce w kraju dla Ammanna w kontekście jego przyszłej kariery. Jak każde dziecko Ammann zaczął poszukiwać zajęcia, którym mógłby się fascynować. Czegoś, czym przesiąknie jego dzieciństwo. Próbował wielu sportów, w tym piłki nożnej, w którą do dziś bardzo lubi grać. Kiedyś przyszedł jednak ten dzień, kiedy jego uwagę przykuło coś zupełnie odmiennego.

Marc Wälti, czyli autor książki o Ammannie i Kuettelu „Die ungleichen Zwillinge“, z którym konsultowałem się przy pisaniu tego artykułu zasugerował, że miastem, które szczególnie wpisało się w historię kariery Simona było Wildhaus. To z kolei rodzinna miejscowość innego szwajcarskiego mistrza skoków, co ciekawe tego, któremu to Polak utarł nosa. Chodzi o Waltera Steinera. Tego samego, który podczas Igrzysk Olimpijskich w 1972 roku przegrał na Okurayamie w Sapporo złoto z Wojtkiem Fortuną o dokładnie 0,1 punktu. Był to jego jedyny medal olimpijski w życiu, przegrany w tak niezwykły sposób, tracąc jedyną w karierze taką szansę. Legenda była już jednak ponad dekadę na sportowej emeryturze, gdy 9-letni Simon po raz pierwszy pojawi się na rozbiegu 25-metrowej skoczni w Wildhaus. Na trening zabrali go starsi bracia, próbujący zachęcić go już do wielu sportów. Nie spodziewali się jednak, że młodemu Ammannowi skoki spodobają się na tyle, że przy nich zostanie i za parę tygodni, we wszelkich lokalnych zawodach będą już za nim.

Talent Simona się rozwijał, a sam zawodnik piął się po kolejnych szczeblach najpierw regionalnych, a później już krajowych zawodów. Pokazywał się ze świetnej strony, co zaowocowało debiutem w Pucharze Świata w 1997 roku w Oberstdorfie podczas Turnieju Czterech Skoczni. Może to właśnie wtedy narodziło się do dziś niespełnione marzenie Szwajcara, by kiedyś triumfować w prestiżowym tournee. Zajął wysokie 15 miejsce, zdobywając pierwsze punkty w swoim pierwszym starcie w najważniejszym cyklu zawodów skoków narciarskich. To już wskazywało na to, że z jego osobą trzeba się będzie liczyć.

Ammann jest do dzisiaj najmłodszym szwajcarskim olimpijczykiem – po raz pierwszy wystąpił na tej imprezie w 1998 roku, gdy zmieścił się w kadrze, która pojechała do Nagano. Co ciekawe zajął w niej miejsce… swojego późniejszego przyjaciela, Andreasa Kuettela. Wraz z wyjazdem do Ramsau na Mistrzostwa Świata rok później, te dwa wydarzenia stanowiły dla Szwajcara preludium do wielkiego świata skoków. Wkraczał do niego stopniowo, nie od razu odnosząc sukcesy, o których dziś mówi się najwięcej. W Japonii ani razu indywidualnie nie awansował do drugiej serii, a z drużyną zajął 6 miejsce. W Ramsau było tylko nieco lepiej – 26 miejsce na normalnej skoczni, jedynym ówczesnym starcie. Już wtedy wyprzedził Adama Małysza, który został sklasyfikowany o dwie pozycje niżej. Jednak Polak przeżywał wówczas chwilowy kryzys po odniesieniu pierwszych sukcesów, które dla Simona miały dopiero nadejść.

Marc Wälti wskazał mi problem, z którym Simon zmagał się w sezonach 1999/2000 i 2000/2001. W tak młodym wieku dla każdego sportowca przeciwnikiem jest nauka i rozwój własnej edukacji. Kluczem jest znalezienie odpowiedniego połączenia między tymi dziedzinami życia – To była podwójna dawka presji, co mocno wpłynęło na niego w kolejnych sezonach – opowiada. – W zasadzie tylko dzięki temu, że jego szkoła pozwoliła mu przygotowywać się i zaliczyć egzaminy w 3, a nie 2 lata i, że Szwajcarski Związek Narciarski nie wyrzucił go z kadry, pomimo jego słabszych występów mógł później dokonywać wielkich rzeczy – ocenił. Kariera Simona Ammanna wyglądała wówczas podobnie do dzisiejszych życiorysów młodych Szwajcarów. Brak stałej formy, tylko pojedyncze błyski w postaci zdobyczy punktowych. Po dwóch latach tułania się po dole stawki i częstym opuszczaniu zawodów Pucharu Świata w końcu zobaczył światełko w tunelu, jakim okazała się jego droga do kolejnych Igrzysk, tym razem rozgrywanych w Salt Lake City.

Oczywiście ta droga nie była samotna. Ammann miał kogoś, kto potrafił doprowadzić go w odpowiednie miejsce. Tym kimś był Berni Schoedler. Szwajcarski trener, któremu kompletnie nie wyszła kariera skoczka. Zniechęcony swoimi niepowodzeniami, w latach 90 postanowił zostać szkoleniowcem. Tę sztukę opanował już o wiele lepiej, co zaowocowało zatrudnieniem go w szwajcarskiej kadrze B w 1998 roku. Po dwóch latach awansował do sztabu zajmującego się głównym składem reprezentacji, gdzie zastąpił Jochena Dannenberga, któremu wcześniej pomagał jako asystent. Ciekawe, czy widząc pewnego chudego, niskiego zawodnika podczas treningów już wtedy podejrzewał, że jego radość i pozytywne podejście do skoków powróci, a w lutym 2002 roku wejdzie na poziom wyższy niż kiedykolwiek.

Zanim to się wydarzyło, Simon Ammann po raz pierwszy zabłysnął w zawodach Pucharu Świata. Ostatnie dwa weekendy z konkursami przed świętami przyniosły jego pierwsze podium, osiągnięte w Engelbergu. Wszystko zacznie więc u siebie, a potem dołożył jeszcze dwa kolejne „pudła” we włoskim Val Di Fiemme. Kontynuując swoją dobrą passę świetnie rozpoczął również 50. Turniej Czterech Skoczni, gdy zajął 3 miejsce w Oberstdorfie. Z automatu stał się jednym z zawodników, którzy powinni powalczyć o triumf w prestiżowym tournee. I o ile w Garmisch-Partenkirchen poradził sobie nienajgorzej, o tyle w austriackiej części TCS wypadł już przeciętnie, co przekreśliło szanse Ammanna na zgarnięcie pierwszego tak ogromnego trofeum w karierze. To być może przełomowy moment w karierze Szwajcara. Stawia sobie cel na resztę kariery – zdobyć Złotego Orła za zwycięstwo w Turnieju. To będzie się za nim ciągnęło przez lata, aż do dziś. A także wyznaczy ścieżkę i apetyt na imprezy większego kalibru. To właśnie one będą mu w przyszłości smakowały najlepiej. Najbliższą były oczywiście Igrzyska Olimpijskie w Salt Lake City.

Jednak czymże byłaby taka historia bez spektakularnego zwrotu akcji? Parę tygodni przed występem w Utah Olympic Park Ammann przeżył chwile grozy. Bardzo groźnie upadł w niemieckim Willingen, gdy podczas treningu po błędzie przy wyjściu z progu spadł i mocno uderzył o zeskok. Doznał wówczas wstrząśnienia mózgu, ale w jego głowie rodziły się w zasadzie jedynie pytania dotyczące konkursów olimpijskich. Jedno było pewne – w zawodach Pucharu Świata nie wziął udziału już do wyjazdu do Salt Lake City. A to stawiało pod sporym znakiem zapytania jego formę. Gdy inni pojechali do Polski i Japonii rywalizować o punkty, on przygotowywał się sam. Był przepełniony niepewnością, ale musiał sobie zaufać.

W Salt Lake City jego psychika została wystawiona na sporą próbę. Ale najpierw to on znów zszokował rywali swoimi wynikami. Na treningach spisywał się fantastycznie, a inni mogli tylko zastanawiać się jak on to robi. Czy to sprawka jakiejś nowinki technicznej, zbiegu okoliczności, czy po prostu byli świadkami narodzin nowej gwiazdy skoków. Jak wspomina Mark Wälti, była osoba, która od razu dojrzała w Simonie potencjał do zostania mistrzem olimpijskim. – Jeszcze przed konkursami, po dobrej dyspozycji Simona na treningach jego zwycięstwo obstawił trener Włochów, Gianfranco Oballa – stwierdził. – Nie wiem, czy kierowały nim tylko wyniki treningów, ale jak się okazało, wytypował właściwie.

W konkursie na normalnym obiekcie Ammann wygrał złoto o 1,5 punktu. Walka w czołówce była spora i do końca nie wiadomo było, kto sięgnie po największe wyróżnienie. Szwajcar prowadził po pierwszej serii i skoku na 98 metrów. W drugiej dołożył jeszcze pół metra do tej odległości i zdobył upragniony tytuł mistrza olimpijskiego. Pokonał faworytów bukmacherów Niemca Svena Hannavald oraz naszego Adama Małysza. Stał się bohaterem Igrzysk, każdy chciał się dowiedzieć, kim jest. Legendą stała się już zachcianka Ammanna, który po konkursie chciał, by w drodze powrotnej do hotelu trener pozwolił zatrzymać się w pobliskiej restauracji McDonald’s. Berni Schoedler się zgodził, a jego podopieczny zjadł być może ostatni taki posiłek anonimowo. Mimo, że w środku lokalu byli ludzie, którzy wcześniej śledzili zmagania na skoczni, nie rozpoznali Szwajcara.

Duża skocznia to już nieco inna para kaloszy. Tutaj prowadzenie po pierwszej serii musiał już dzielić wraz z Hannavaldem, gdy obaj uzyskali po 132,5 metra. Finałowa seria przyniosła im jednak dwie różne historie. Ta Niemca była dramatyczna, gdyż upadł po uzyskaniu 131 metrów i pozbawił się medalu. Dwa metry dalszy skok zapewnił natomiast zwycięstwo i drugi złoty krążek Ammannowi. Tak zaczęło się szaleństwo. Te Igrzyska zmienią całe życie Szwajcara.

Jak mówi o Simonie Wälti, jest on bardzo specyficznym zawodnikiem, jeśli chodzi o zachowanie na skoczni. – To dla mnie niezwykłe, jak on łączy bycie źle zorganizowanym i chaotycznym z wygrywaniem najważniejszych tytułów, nawet gdy ich się od niego nie oczekuje – opowiada. Jak ktoś taki mógł osiągnąć tak niespodziewany i historyczny dla całej Szwajcarii sukces? To pytanie do dziś zadaje sobie wielu ekspertów. Przecież oba medale zdobył człowiek, który ani razu nie wygrał wcześniej zawodów na poziomie Pucharu Świata. Odpowiedzi na nie chyba nigdy nie odnajdziemy, chyba że zdradzi ją sam Simon. Chociaż to pewnie jego najpilniej strzeżona tajemnica. Paradoksalnie w kolejnych sezonach będzie wyglądał na zawodnika, który sam zapomniał do niej hasła dostępu.

Po powrocie do kraju Ammann nie miał  wiele czasu na świętowanie sukcesu. Przygotowywał się do zakończenia sezonu 2001/2002, które było w jego wykonaniu wyjątkowe. Odniósł choćby pierwsze zwycięstwo w PŚ, podczas ostatniego konkursu na legendarnej Holmenkollen w Oslo, dzięki czemu wygrał również Turniej Nordycki. W klasyfikacji generalnej PŚ zajął ostatecznie 7 miejsce. To wszystko wskazywało go jako faworyta do zdominowania skoków na kolejne lata. Był młody, perspektywiczny, głodny sukcesów. Na następne musiał jednak sporo czekać.

Trudno w to uwierzyć, ale podwójny  Mistrz Olimpijski, w ciągu 3 lat po swoim nadzwyczajnym występie na Igrzyskach nie wygra ani razu, a stanąć na podium przyjdzie mu jedynie trzykrotnie. To okres, który w karierze Simona zapisał się jako najtrudniejszy, pozostawiający jego pewność siebie i motywację w trudnym położeniu. W 2006 roku zaliczył słaby występ podczas Igrzysk w Turynie, gdzie nie dał rady nawet nawiązać walki o obronę tytułów. – Przed wyjazdem do Włoch nikt nie potrafił stwierdzić, że będzie go na to stać, poza nim samym – mówi Mark Wälti. – Teraz może znaleźliby się ludzie, którzy powiedzieliby, że było to możliwe. Ale wówczas sztab kadry Szwajcarii skupiony był na faktycznie walczącym o podium Andreasem Kuettelem, który ostatecznie medalu nie przywiózł. Ammann upadł na treningu i mocno się poobijał, co z pewnością miało częściowy wpływ na to, że zajął jedynie 38 i 15 miejsce. Innym czynnikiem była firma, którą od tego momentu trzeba było przywrócić.

Nie wszyscy wiedzą, że w tamtym okresie Simon mocno skupił się również na służbie wojskowej, jaką pełnił w czasie swojej kariery. Od Salt Lake City do Turynu mocno pracował na to, by wrócić do czołówki. Nie chciał być bohaterem tylko jednej pięknej historii – tej napisanej w USA. Ona miała być dla niego jedynie rozdziałem w kilkutomowej opowieści. Kolejne zaczął dopisywać dopiero w sezonie 2006/2007. Rozpoczął się dla niego miejscami na podium w Kuusamo i Lillehammer, gdzie zdołał nawet wygrać, a także świetnym mimo, że nie zwycięskim Turniejem Czterech Skoczni. Simon miał jednak za rywali nowego potentata Norwega Andersa Jacobsena i starego znajomego Adama Małysza. Jednak podczas najważniejszej imprezy sezonu rywale w pewnym momencie po prostu zamilkną.

Ten moment to wskoczenie na podium w Sapporo u podnóża Okurayamy. Właśnie został Mistrzem Świata na dużej skoczni, wygrywając co prawda o włos, bo ledwie 0,2 punktu nad drugim Finem Harrim Olim. Jednak to zrodziło kolejne analogie do rywalizacji Wojtka Fortuny i Waltera Steinera z 1972 roku. Wtedy jednakże Szwajcarzy złota nie wywalczyli. Teraz było inaczej. Ammann mimo solidnego początku sezonu nie był największym z faworytów. Zbudował formę specjalnie na MŚ i udowodnił sobie, jak i innym, że wciąż jest w stanie wygrywać na największych imprezach. – Ma taką specjalną zdolność bycia gotowym, gdy trzeba się liczyć – powiedział nam Wälti. – Lubi bliżej poznać miejsce rozgrywania imprezy, czy miejscowych ludzi, dopasować się do ich klimatu, co robił choćby w przypadku każdych Igrzysk.

Jeśli szukać w Sapporo innych analogii do Igrzysk to można stwierdzić, że Adam Małysz odbił sobie porażki z 2002 roku na mniejszej Miyanomori, gdy w pięknym stylu wygrał z Simonem. Był tego dnia jednak nie do zatrzymania, podobnie jak do końca sezonu, w którym zdobył swoją ostatnią Kryształową Kulę. To jedno z trofeów, którego wówczas Simonowi brakuje. Podobnie jak Mistrzostwa Świata w lotach narciarskich, które bardzo lubi i wspomnianego Turnieju Czterech Skoczni. Kolejne sezony to dla Szwajcara próby uzupełnienia kolekcji. Rok 2008 i 2009 okazały się być dominacją Austriaków – Thomasa Morgensterna, Wolfganga Loitzla czy Gregora Schlierenzauera, z którymi Simon nie mógł nawiązać walki na dłuższą metę, przez co nie uda mu się zdobyć żadnego trofeum poza i tak cennym brązowym medalem MŚ w Libercu na normalnej skoczni. Na dużej miał miejsce inny szwajcarski sukces, gdyż wygrał jego kolega z kadry Andreas Kuettel, którego Ammann miał nauczyć, jak radzić sobie z presją przed ważnymi zawodami. – Ich przyjaźń to związek dwóch zupełnie przeciwstawnych osobowości – ocenia Mark Wälti. – To duet, który zdominował szwajcarskie skoki, świetnie uzupełniający się. Ani jeden z nich nie mógłby funkcjonować bez drugiego.

Już wtedy zza rogu machało już do Ammanna kanadyjskie Vancouver. Podziałało, bo Ammann na rok 2010 pobudził się jak nigdy. 5 zwycięstw przed wyjazdem do Kanady, w tym dublet w Engelbergu i oczywiście żółta koszulka lidera Pucharu Świata, która sprawiała, że presja możliwości zdominowania całego sezonu stawała się jeszcze większa. Po raz kolejny nie udało się jednak podbić Turnieju Czterech Skoczni, ale to w żaden sposób nie zbije Szwajcara z tropu. Do Vancouver pojedzie pewny swego, mając konkretne zadanie.

Olimpijską tradycję dla Simona Ammanna stanowią poszukiwania ulepszeń sprzętu. W Salt Lake City miał to być specjalny żel do smarowania nart, o czym po latach wspominał Apoloniusz Tajner, jak i świetne kombinezony.  W Vancouver natomiast do jego nart dołączono specjalne wiązania z ruchomym bolcem, które oddziaływały na aerodynamikę skoku. Kadra Austrii składała wówczas nawet protest przeciwko nim, ale nie uzyskała w tym poparcia innych reprezentacji ani FIS-u. Z resztą narzędziem, którym Ammann głównie operował w Kanadzie była niebotyczna forma.

Nic dwa razy się nie zdarza? No cóż, w przypadku Ammanna niektórzy mogą powiedzieć, że owszem, nawet 4. Znów Ameryka Północna, znów Igrzyska, znów medale, znów pokonany Małysz. Ale Simon skakał wtedy w innej lidze, więc dla tych spoza jego kosmosu Adam był najlepszy. Wszystkie media wróciły wspomnieniami do 2002, mówiły prawie tylko o tym, jak Ammann kolejny raz pokazał się światu, deklasując przeciwników. Stał się niemalże zjawiskiem, nikogo już nie mógł zdziwić fakt, że zgarnia 2 złota. Dla Simona jednak tworzenie swojej własnej legendy wcale nie kończyło się na Igrzyskach.

Mimo całego uwielbienia jakie można przyznawać i oddawać sukcesowi Simona w 2002 roku to sezon 2009/2010 był największym w jego karierze. Po medalach z Igrzysk zakończył rywalizację w Pucharze Świata z Kryształową Kulą na koncie, a później zdobył także tytuł najlepszego lotniska globu, prawie bijąc rekord świata. To był szczególny rodzaj dominacji, obraz Simona jakiego obecnie bardzo brakuje światu skoków narciarskich. Po tych wszystkich laurach, w 2011 roku sięgnie jeszcze po drugi brąz MŚ – tym razem w Oslo i to na dużej Skoczni. Ale co później? 3 miejsce w Turnieju Czterech Skoczni w 2014 roku. W tym przeklętym dla niego pragnieniu, które do tej pory nie dało się zmieścić. Często przez brak szczęścia lub zbyt duże chęci. W sezonie 2015/2016 po groźnych upadkach w Oberstdorfie i Bischofshofen Turniej chyba wyraźnie dawał mu znać, że to nie jest osiągalne. Przy okazji coraz ciężej dąży mu się do perfekcyjnej techniki, co sprawia że często nawet jego dalekie skoki nie pozwalają na zajęcie odpowiednio wysokich miejsc.  Ale on nie chce o tym słuchać. Fakty są jednak takie, że Simiemu kończy się czas, a w tym roku był bardzo daleko by spełnić to marzenie i dopełnić swoją przepełnioną bogactwami koronę legendy skoków narciarskich.

Od ostatniego zwycięstwa Simona minęło już 1105 dni. Ciężko wierzyć, że uda mu się wejść jeszcze raz na ten najwyższy poziom. Pjongczang nadciąga wielkimi krokami, a Simon oczywiście przygotowywał się do niego bardzo dokładnie. Był w Korei już dwukrotnie by zapoznać się z terenem, podczas Turnieju Czterech Skoczni testował nowe prawdopodobnie carbonowe buty, których nie chce ujawniać światu, a które mają mu dać techniczną przewagę nad rywalami, szansę na rywalizację z nimi. Mało jest jednak osób, które widzi szansę na kolejną powtórkę sprzed 8 czy 16 lat. W tym sezonie konsultantem kadry jest Andreas Kuettel i pewnie, że byłaby to piękna historia, kolejny rozdział tej Ammannowej bajki. Tylko Simon chyba po mału zaczyna rozumieć to, że „Harry Potter” się kończy, a narty jak czarodziejska różdżka zaraz pójdą w odstawkę. To naturalna kolej rzeczy. Sam Simon swoje odejście zapowiada już parę dobrych lat. Skacze bo sprawia mu to przyjemność, bo mu się chce. I to też jest piękne. Ale przestał już raczej być tym samym zawodnikiem, który zapisał się w historii czymś więcej niż złotymi zgłoskami. Ale medali już nikt mu z szyi nie zdejmie, podobnie jak nikt nie zniszczy tego pięknego, drewnianego pomnika, jaki wybudował własnymi rękami. On – Simon Ammann, jedna z największych legend wśród sportowców całego świata.

Źródło: werbewoche.ch/sportowefakty.wp.pl/ Wikipedia/fis-ski.com/informacja własna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *