Czapki z głów panie Kamilu [felieton]

Po raz kolejny w przypadku Kamila Stocha sprawdza się powiedzenie, że nieważne jak zaczyna, ale ważne jak kończy. 66. Turniej Czterech Skoczni rozpoczął od 28. miejsca w kwalifikacjach i dałabym sobie uciąć palec, że nikt z was wtedy nie obstawiał, że Polak wygra wszystkie cztery konkursy. Mało kto spodziewał się, że „zabawi się w kaligrafa i złotymi literami zapisze się na kartach historii sportu”, jak mówiła na Gali Mistrzów Sportu jego żona Ewa. 

W Polsce znów zapanowała euforia. Nasi rodacy po prostu kochają skoki narciarskie i to jest niewątpliwie fenomen. Bo nie wyobrażam sobie, że w jakimkolwiek innym kraju, mogłoby dojść do sytuacji, w której napastnik Bayernu Monachium Robert Lewandowski znany na całym świecie, na swoim krajowym podwórku w plebiscycie na sportowca roku przegrywa ze skoczkiem narciarskim. To niesamowite, prawda? Tym bardziej, że jeszcze w piątek Lewandowski miał ponad 20 tysięcy głosów przewagi. A tu w jeden wieczór Polacy wysmarowali tyle smsów, że na trzy minuty przed końcem głosowania przewaga nie tylko stopniała, ale i zniknęła bezpowrotnie. Ostatecznie prawie 3 tysiące punktów na korzyść Kamila. Takie rzeczy możliwe tylko w Polsce. I choć w kraju rozgorzała dyskusja, który z nich powinien nosić miano tego najlepszego, i która żona była lepiej ubrana, ja cieszę się, że mamy właśnie taki problem. Problem urodzaju. Tych dwóch zawodników porównać się nie da, reprezentują dwie skrajne dyscypliny sportu ale jedno jest pewne: są w nich wybitni i obu należy się szacunek i podziw.

Wracając jednak do Turnieju Czterech Skoczni, powiem szczerze, że nawet nie marzyłam o takim jego zakończeniu. Podchodziłam do niego totalnie spokojnie po wygranej Kamila w poprzedniej edycji, ale wiedziałam, że tak samo bez presji podchodzą do niego nasi zawodnicy. Przyznam, że z orłem widziałam Richarda Freitaga, ale tym razem się myliłam. To co zrobił Kamil Stoch będziemy kiedyś być może opowiadać swoim dzieciom i wnukom. Nie wiem czy można jeszcze w lepszym stylu zwyciężyć we wszystkich czterech konkursach turnieju. Kamil imponował spokojem, opanowaniem ale przede wszystkim wprawiał nas w zachwyt swoimi pięknymi, daleki skokami. Tak wygrywają wielcy mistrzowie, tak przechodzi się do historii. O wyrównaniu rekordu Hannawalda przez skoczka z Polski rozpisały się prawie wszystkie najważniejsze media na świecie. Nawet amerykańskie gazety na czele z Washington Post, które o tak niszowym sporcie jak skoki narciarskie nie informują w ogóle. Gdy jednak ktoś tworzy tak piękną historię, nawet takie media robią wyjątek.

Ale Kamil przecież już dawno w tej historii się zapisał. I to jeszcze jak! Wczoraj na chłodno, analizując już to wszystko co wydarzyło się przed ostatnie dni, dotarło do mnie, że Kamil Stoch już nie jest tym „drugim” w historii polskich skoków. Choć nigdy nie lubiłam porównań Kamila do Adama Małysza i uważam, że są bezsensowne, to jednak on już w tej chwili jest jednym z najwybitniejszych skoczków w historii tej dyscypliny. Dwa złota olimpijskie, mistrzostwo świata, Puchar Świata, dwa wygrane Turnieje Czterech Skoczni i aż 26 konkursów Pucharu Świata. Ta liczba już daje mu siódme miejsce w historii, a myślę, że ten licznik jeszcze się nie zatrzymał. Gdy  popatrzymy na tę tabelę można zauważyć, że Stoch zostawił w tyle Morgenesterna, Ammanna, którzy swoich dorobków raczej nie poprawią. Kibicuję Kamilowi od jego pierwszych przebłysków w Pucharze Świata. Konkurs w Zakopanem w 2011 roku, gdy po raz pierwszy zwyciężył, a Adam Małysz upadł był dla mnie przełomowy. Pamiętam, że wtedy pomyślałam: ten gość będzie kiedyś odnosił takie sukcesy jak Adam. Po prostu jakoś w niego uwierzyłam. Przekonał mnie do siebie swoją szczerą radością, swoim podejściem do skoków, do życia. Pamiętam jakby to było wczoraj. Teraz uświadomiłam sobie, że od tego momentu minęło 7 lat. A on podczas tych 7 lat zwyciężał rok w rok, miewał kryzysy ale się z nich podniósł i stawał się jeszcze mocniejszy. Do dziś mam przed oczami zapłakanego Kamila podczas wywiadu z Sebastianem Szczęsnym po konkursie na normalnej skoczni na mistrzostwach świata w Val di Fiemme. Wtedy coś w nim pękło, ale to coś sprawiło, że później stał się jak skała. Odporny na stres i presję. Tak załamanego i bezradnego Kamila widziałam jeszcze tylko raz. W Engelbergu w 2015 roku,  w ostatnim sezonie Łukasza Kruczka. Wielu z nas już o tym fatalnym sezonie zapomniało, ale ja wiem, że taki moment musiał nadejść, by Kamil mógł odbić się raz jeszcze, nabrać rozpędu, rozwinąć skrzydła i wzbić się do lotu. I niech leci tak jak najdłużej.

Czy ta forma Kamila utrzyma się do igrzysk w Pjongczang? Tego nie wiem. Wychodzę jednak z założenia, że szkoda czasu na takie dywagacje. W myśl „Carpe diem” trzeba cieszyć się chwilą. Kamil już nic nie musi, z Soczi przywiózł dwa złota. Dlatego wiem, że świat nie skończy się, jeśli z Korei wróci bez indywidualnego medalu. A jeśli wróci z krążkiem, to nasza radość powinna być równie wielka, jak ta po turnieju. Bo takich rzeczy dokonują tylko najwięksi. Mamy szczęście, że w tak krótkim czasie w naszej historii pojawiło się dwóch tak wielkich mistrzów skoków narciarskich.

Kamilu, czapki z głów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.