Bjoergen vs Johaug, czyli jedyna atrakcja bez Kowalczyk!

Miniony sezon w biegach narciarskich trzeba jasno określi jako nudny. Organizatorzy nie potrafili wykorzystać zbliżających się Igrzysk Olimpijskich do podgrzania atmosfery. Może była takowa na początku sezonu dzięki mocnej Justynie Kowalczyk, ale trwało to tylko do końcówki roku. W efekcie drastyczny spadek oglądalności w Polsce. Wszyscy doskonale pamiętamy, jak wielkim prestiżem stał tegoroczny Tour de Ski. W tym właśnie momencie Justyna została pozbawiona szans na Puchar Świata, ale i emocje totalnie opały. Wszyscy dobrze wiemy, że pojedynek dwóch Norweżek nie jest tym samym, co Norwegia vs Polska. W tej dyscyplinie oczywiście.
Mimo wszystko początkowo mało kto myślał, że Therese Johaug jest w stanie w tym roku wywalczyć Kryształową Kulę. Jej walka z Marit Bjoergen wydawała się z góry „ustawiona”. Z super machiną ciężko w ogóle walczyć. Powiedzmy sobie szczerze, że Therese swojego marzenia w tym sezonie nie spełniła. Od dawna bowiem mówiła, że chce zdobyć złoty medal Igrzysk Olimpijskich. Największa na to szansa według specjalistów była podczas biegu na 30 km stylem dowolnym. W tej konkurencji Johaug jest przecież Mistrzynią Świata z Oslo. Nie udało się! Laury zgarnęła Marit Bjoergen. W efekcie Johaug musiała zadowolić się srebrem (30 km) i brązem, podczas gdy Bjoergen zdobyła trzy złota. Nie można zapomnieć, że jeden pojedynek w Sochi Therese wygrała ze swoją rodaczką. Mam oczywiście na myśli fakt, że w konkurencji 10 km stylem klasycznym, Johaug zdobyła brąz a Bjoergen była poza podium. To były swego rodzaju oznaki, że da się wielką mistrzynię pokonać. Nikt nie jest do końca zaprogramowany. Chociaż w przypadku Marit trzeba byłoby napisać: Każdej maszynie można odciąć prąd. Wróćmy do Pucharu Świata, gdzie ta właściwa walka miała miejsce.
Inauguracja nie była udana ani dla Bjoergen ani tym bardziej dla późniejszej triumfatorki w cyklu. W sprincie stylem klasycznym triumfowała Justyna Kowalczyk. Marit była 13., a Johaug 20. Kolejnego dnia w konkurencji 5 km stylem klasycznym podium już nabrało standardowych kolorów. 1. Kowalczyk, 2. Bjoergen, 3. Johaug. Na starcie to liderka Norweżek była lepsza. Johaug dopiero się rozpędzała. Trzeba chyba spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć, że gdyby nie nagła rezygnacja Bjoergen z Tour de Ski, to Johaug mogłaby o kuli pomarzyć. Z drugiej strony, aby wygrać „generalkę” trzeba startować i wytrzymać cały sezon. Ostatecznie Therese osiągnęła wreszcie to, na co mimo wszystko przez lata zasłużyła. Zawsze dzielnie i najszybciej wspinała się pod Alpe Cermis i w końcu tym razem wygrała tour. 
Do Igrzysk i początkowo po nich Bjoergen była górą nad Johaug. Właściwie jakiś cud się zdarzył, że to Therese wygrała Puchar Świata. Spora ilość sprintów stawiała ją w niekorzystnym świetle. Przed dwoma ostatnimi konkursami miała przewagę nad swoją rywalką zaledwie 3 punktów. Nie trzeba nikomu mówić, że notowania Therese spadły drastycznie. Sam uważałem, że Marit już ma kule w garści. A tutaj taka niespodzianka, takie skumulowanie energii. Dwa ostatnie konkursy padły łupem Johaug. I ta końcówka dopiero nabrała takich rumieńców, jakie zwykle mieliśmy tylko przy okazji startów Justyny Kowalczyk. Dzięki Therese Johaug, która pokazała, że można wygrać. Trzeba tylko w to mocno wierzyć. Do samego końca. Za to ją cenię! I składam ręce do braw, bo jest na prawdę wielka! 

foto: 1. zimbio.com 2. fis-ski.com

Mateusz Król

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *