Adam Małysz: To co robię sprawia mi przyjemność [WYWIAD]

Adam Małysz to wciąż jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza postać w polskich skokach narciarskich. W wywiadzie przeprowadzonym przed wczorajszymi treningami oraz kwalifikacjami wspomina czas swojej kariery skoczka oraz opowiada o obecnej pracy w Polskim Związku Narciarskim.

Jakub Balcerski: Zapytam o Pana wspomnienia związane z Wisłą. Gdy jest Pan pod skocznią w Malince, nachodzą Pana jakieś chwile z kariery zawodniczej?

Adam Małysz: Niestety nie miałem wiele szans startowania na tym obiekcie, ale wiadomą sprawą jest, że gdy tu przyjeżdżam, to sentyment zawsze pozostaje. Nawet nie tylko do skoków, ale skocznia jest twojego imienia, a jest to zobowiązujące, bo chcesz, żeby wszystko na niej odbywało się spokojnie i bez przeszkód jak choćby Puchar Świata. Jednak sygnujesz ten obiekt swoim nazwiskiem. Póki co mogę być z niego bardzo dumny, zwłaszcza gdy wjeżdża się na górę i patrzy na ten przeciwstok, całą jego otoczkę. Ten widok utwierdza mnie w przekonaniu, że warto było tę skocznię wybudować – kolejny duży obiekt w Polsce, już nie tylko w Zakopanem, ale także tutaj. To też pokazuje, że możemy być potęgą w skokach, bo tak było w zeszłym roku.

JB: Myśląc o Pana karierze, przypominam sobie, że miał Pan okazję rywalizować razem ze Stefanem Horngacherem. Uchowała się z tamtych czasów jakaś anegdota o trenerze naszej reprezentacji?

AM: Za bardzo sobie nie nie przypominam. Wiem tylko, że razem z Andreasem Widhölzlem należeli do grona „kombinatorów” – zawsze szukali nowinek, na których można by coś zyskać. Chcieli być zawsze o krok do przodu. Jednym z ich pomysłów było obniżenie kroku w kombinezonach prawie w granice kolan. Ale to kolejny pozytywny punkt zatrudnienia tego trenera, bo ma w głowie nie tylko same skoki, ale myśli też jak udoskonalić coś na różne sposoby.

JB: Czyli cały czas przypomina tego „Horniego” z czasów kariery skoczka?

AM: Zawsze. Teraz jest może taki bardziej zrównoważony i wyciszony, ale cały czas przypomina siebie jako zawodnika.

JB: Przy karierze „działacza”, nie korci Pana czasem, żeby aż wejść na górę i znów poczuć to, czego nie robi Pan już od 6 lat?

AM: Nie lubię słowa „działacz”. To, że nazywają mnie dyrektorem skoków i kombinacji norweskiej to nie znaczy, że jestem działaczem. W biurze w Krakowie jestem 1-2 razy w miesiącu, większość czasu spędzam w drodze. Zresztą taki był zamiar, że nie będę siedział za biurkiem. Jestem dyrektorem tylko „z nazwy”.

JB: A zamierza Pan dłużej wykonywać taką pracę?

AM: Zobaczymy, na razie zdecydowanie sprawia mi to przyjemność i czuję, że tym żyję. Znam się na tej dyscyplinie, a to powoduje, że z przyjemnością mogę to robić. Jeśli widzę radość i potrzebę tej pracy, to tym bardziej mnie to cieszy.

JB: Nieco przed naszą rozmową miałem okazję porozmawiać z Pana pierwszym trenerem, Janem Szturcem. On teraz zajmuje się kształceniem młodzieży – myśli Pan, że kiedyś mógłby podążyć jego ścieżką?

AM: Nie mówię nie, bo sama praca z młodzieżą jest dla mnie bardzo fajna i wielokrotnie, gdy bywałem na treningach choćby w Zakopanem, to odczuwałem coś niesamowitego. Bo to nie tylko ciężka praca, ale też często po prostu wielka radość patrzeć na uśmiechy tych dzieci, na ich odnoszenie się do skoków. To powoduje, że tym żyjesz. Dlatego nie zaprzeczam.

JB: W ostatnim pytaniu wrócę jeszcze na moment do Pana kariery – definiowały ją chyba skoki nie zawsze te najważniejsze, po których przychodziły trofea?

AM: Na pewno. Skoki to w zasadzie całe moje życie, ale bywały momenty, które powodowały, że było to coś ponad to.

 

Z Wisły dla Sportsinwinter.pl, Jakub Balcerski. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *